Szukaj na tym blogu

More News

Niepoprawne politycznie przemyślenia co do treningu skokowego koni

/

Od kiedy pamiętam wpajano mi, że ujeżdżenie jest matką dyscyplin i że koń i jeździec jadący klasę x powinien jeździć ujeżdżenie na poziomie wyżej. Nadal się z tym zgadzam jako ideą i wprowadzam ją w życie w swoim wypadku, niemniej po latach doświadczeń i obserwacji dochodzę do wniosku, że jest to po prostu sympatyczna utopia wtłaczająca wielu jeźdźców w zamknięte koło samoniezadowolenia zamiast samodoskonalenia.

Wielu powie "co ta laska niewiadomo skąd gada". No cóż, może osobiście nie wdrapałam się na jeździeckie szczyty i jak wielu mam dobre alibi, niemniej: po maturze podreptałam do Irlandii, jako "bereiter" i luzak, zobaczyć ten "wielki zachodni świat" (do ostatniej chwili rozważałam też stajnię holenderską, ale trudniej było się z nimi dogadać) i pracując przy koniach doświadczyć się w może nowych, lepszych metodach treningowych, podpatrzeć lepszych jeźdźców; ponadto mam swoje kopyta niestety także z wieloma przygodami, w każdym razie raczej robimy dobre wrażenie na osobach postronnych; podglądam skrycie świat jeździecki w Szwajcarii i bywa że na youtube - np. filmiki treningowe, wśród których wiele jest niestety nic nie warta. Często filmiki treningowe pokazują niekompetencję jeźdźca lub jego chęć lansowania się zamiast realny aspekt treningowy... Po Irlandii moje wyobrażenie o "wielkim, zachodnim, jeździeckim świecie" runęło. Szara rzeczywistość jak wszędzie, a ja okazałam się świętym graalem w środowisku irlandzkich skoczków, bo "to ta co umie w ujeżdżenie".

Nie rzucam nazwiskami, żeby nikogo nie obrażać, ale uwierzcie mi, że wielu jeźdźców z czołówek - niezależnie, czy to kadra juniorów czy seniorów czy nawet 5* zawody - nie ma zielonego pojęcia o ujeżdżeniu. Jedni się tego trochę wstydzą, inni tak bardzo nie lubią ujeżdżenia, że mają to gdzieś. Wydaje się to być niewyobrażalne, bo przecież każdy "ujeżdżeniowy trik" czy ćwiczenie wpływa chociażby na jezdność konia, co jest coraz bardziej istotne przy tak wysoko zaawansowanych technicznie zawodach jakimi się progresywnie stają zawody skokowe, a najmniejszy błąd nie spowoduje, że spadnie nam berecik tylko wywoła realne zagrożenie życia...

Zapytacie, jak to jest możliwe, że ktoś kto nie ogarnia ujeżdżenia może zajść nawet na sam szczyt w skokach? W takim razie gdzie tkwi sedno treningu konia skokowego?

Między bogiem a prawdą koń skokowy MUSI:
- dodawać (w każdym chodzie)
- skracać (w każdym chodzie)
- sprawnie zmieniać nogi
- być zwrotnym
- lubić skakać
- wydajnie galopować 

Dodawanie, skracanie i zmianę nóg, dla wybitnych antytalentów pracy na płasko, można wyćwiczyć na drągach i przeszkodach. Wydajny galop można uzyskać między innymi galopami kondycyjnymi. W sumie to wszystko to też są elementy ujeżdżenia w kontekście definicji, ale często nie są ćwiczone tak jak zrobiłby to jeździec ujeżdżeniowy.

Do zwrotności wystarczy powyginać konia na boki (nie zawsze da się to nazwać np.: łopatką, a przynajmniej w wykonaniu skoczków jest ona często daleka od dresażowego ideału, tyle że dla skoczka to nie łopatka jest celem samym w sobie, a uelastycznienie konia - więc mamy gdzieś jak to finalnie wygląda; często też widzi się jazdę w odwrotnym ustawieniu w ramach tego typu ćwiczeń), jeździć serpentyny i ósemki pilnując równowagi.

Lubić skakać - można w koniu to wywołać, ale end of day musi mieć do tego po prostu serce i predyspozycje. Trenując konie do skoków najważniejsze, co pozwala je "bezstresowo" przekonać do "wesołego", "chętnego" skakania, to:
- kończyć trening na niezmęczonym koniu,
- po każdym skoku nagradzać głosem, dotykiem, (pamiętaj, że większość błędów popełniłeś Ty, a nie koń, a większość koni nie robi błędów celowo, więc dopóki nie są to poważne problemy, nie można za nie konia karać, można za to powtórzyć aż skok będzie czysty)
- pozwolić się wybrykać, wybiegać w trakcie skoków (pod kontrolą ofc). Nigdy swojego zwierza nie barowałam, nie rozpędzałam na przeszkody - żadnych specjalnych technik poprawiania skoczności poza uspokajaniem i utrzymywaniem rytmu ;) - po prostu siedzę i mu nie przeszkadzam (no dobra, czasem przeszkadzam, ale staram się nie), a jego zapał do skoków jest jak na zdjęciu do tego postu.

I dlatego właśnie za wiele od skoczków na temat treningu skokowego nie usłyszycie, bo w skokach ogromną rolę odgrywa instynkt, wyczucie, zaufanie do konia, samodzielne MYŚLENIE przez konia (co jest ograniczane w ujeżdżeniu, a ćwiczone w skokach) i tzw. "po prostu siedź". Tak naprawdę skoczek często lepiej wie jak rozstawić drągi i przeszkody, żeby poradzić sobie z problemami "ujeżdżeniowymi" niż jak je rozwiązać na płasko. Lepiej, wielu skoczków zagranicznych rzadko skacze w domu, bo praktycznie co tydzień są na zawodach i obskakują konie na zawodach...

Wielu koniom skokowym przydałoby się więcej ujeżdżenia niż widzimy - chociażby dla ich zdrowia, kręgosłupa, lepszej równowagi, ROZLUŹNIENIA (o którym wielu skoczków zapomina), ale np. w Szwajcarii tym koniom, które widziałam, krzywda się nie dzieje, a jeździec może ujeżdżeniowcem nie jest, ale tzw. "przyjemnym podróżnikiem". Gorzej wyglądało to w Irlandii, gdzie wtedy było 8x więcej koni niż ludzi na wyspie i obrazki par jeździec-koń czasem przerażały...

Najważniejsze u jeźdźca skokowego, to:
- mieć dobrą równowagę,
- nie klepać się po siodle (czyli opanowany dosiad we wszystkich klasycznych wariantach)
- lekka ręka - czyli stabilny, lekki kontakt, podążający za głową konia
- umiejętność oceny odległości, swoich i konia możliwości

Reszta przychodzi właściwie sama lub w ramach rozwiązywania szczegółowych problemów. No cóż, gdyby jeździectwo było takie proste jak to opisałam powyżej, to nie byłoby jednak tak rozbudowaną dziedziną. W każdym razie biorąc poprawkę na sporą dozę generalizacji pryncypia prezentują się według mnie jak wyżej.

A teraz pewnie mogę się schować do piwnicy zanim zjedzą mnie inni koniarze ;).

Czy potrzebujesz w Szwajcarii zimowe opony?

/pexels

Jak zwykle wszystko zależy - od regionu, od samochodu, od Waszej aktywności...

Do artykułu zainspirowali mnie znajomi, którzy przyjechali do nas z zachodniej Europy na ... letnich oponach... w grudniu. Tu akurat wkradł się błąd firmy, która wypożyczyła im samochód.

Zgodnie z szwajcarskim i polskim prawem, w zimie możesz jeździć na oponach całorocznych lub zimowych, ale nie na letnich. Za letnie grozi mandat.

My zmieniając auto dostaliśmy je z oponami całorocznymi. Na początku, sugerując się doświadczeniem z Polski, gdzie drogowców zawsze zaskakuje zima, jest mnóstwo dziur i zamarzających kałuż, słaba jakość nawierzchni miejscami i wiele miejsc gdzie śnieg się co najwyżej wyrównuje zamiast sprzątać - obawialiśmy się, że będziemy musieli zainwestować dodatkowo w zimowe opony. Niemniej po dłuższym namyśle i obecnych doświadczeniach jak już śnieg się zaczyna pojawiać stwierdzamy, że na nasze aktualne potrzeby opony całoroczne są wystarczające.

W jakim przypadku opony całoroczne wystarczą:
- jeśli masz "mocne", "ciężkie" auto, 4x4 i/lub z różnymi systemami wspomagającymi trakcję (jednym słowem raczej nowsze)
- jeśli nie jeździsz szybko (w Szwajcarii max 120 i to na super zadbanej autostradzie)
- jeśli mieszkasz w ciepłym rejonie Szwajcarii takim jak Romandia, gdzie odśnieżarki nadążają ze sprzątaniem
- jeśli nie ruszasz się za często poza swój region, ani w góry ani do Francji ;) haha (Francuzi nie nadążają za śniegiem)

Mieliśmy okazje przetestować naszą smoczycę udając się w górski Gex i byłam pod wrażeniem. Na swoich całorocznych oponach uślizgnęła się lekko, raz na rozjechanej kupce śniegu na jezdni pod górkę, ale nie musiałam nawet wykonywać żadnego ruchu, bo elektronika samochodu sama go wyprowadziła... Miła odmiana po samochodzie, który tańczył w każdych warunkach nawet na zimówkach ;).

W jakim wypadku opony zimowe będą konieczne? Dość często też na drogach zobaczysz rekomendację lub wymóg posiadania łańcuchów.
- górskie lub bardziej wschodnie rejony Szwajcarii
- częste wyjazdy do Francji
- stare, proste auto bez dodatkowych systemów

Z ciekawostek - w Szwajcarii kupując opony zimowe bardzo często łańcuchy są w cenie lub w gratisie, co by sugerowało, że rzeczywiście jak już kupujesz zimówki, to masz zamiar jechać w góry. A to jest podstawowa aktywność w tym kraju, co weekend. Miasta się wyludniają, a stoki zapełniają.

Co o tym sądzicie? Na jakich oponach jeździcie?

Indie sprzed lat moimi oczami - zdjęcia

/hawa mahal
Jest to post mocno retrospektywny, ponieważ już wiele lat minęło i przy dynamice rozwoju tego kraju na pewno wiele się zmieniło. Spędziłam tam pół roku na dziekance ze studiów. Robiłam badania, pracowałam, podróżowałam i przeżywałam szczeniacką przygodę życia. Za badania otrzymałam uniwersyteckie wyróżnienie gdyż były promotorskie w swojej dziedzinie i nie były wymagane na ówczesnym etapie studiów. Studiowałam między innymi na wydziale orientalistycznym, fascynowały mnie Indie. Nie wiem dlaczego. Już wiem przynajmniej jak odróżnić miłość od fascynacji tak samo wśród zainteresowań jak i w związkach :) .

Nic nowego nie powiem - to kraj kontrastów i nie da się o nim powiedzieć jednego zdania, które nie znalazłoby swojego przeciwieństwa w innych okolicznościach. Obrzydliwe bogactwo sąsiaduje z przerażającą biedą. Są miejsca tak turystyczne, że aż pozostawiają po sobie niesmak (Taj Mahal) i takie, gdzie czujesz się jak nieproszony gość wchodzący w butach do czyjegoś domu (Orccha).

W dużych miastach kilka słów po angielsku i wybujała gestykulacja mogą wystarczyć do porozumienia się, na prowincji bez przynajmniej podstawowej znajomości hindi może być bardzo ciężko. Są też dzielnice i rejony (np. wschód Indii) słynące z porwań i ruchów separatystycznych gdzie będąc atrakcyjną kobietą lepiej samotnie się nie zapuszczać. Podobno.

Niesamowitą oazą odmienności jest Goa, gdzie masz wrażenie, że przenosisz się w inną czasoprzestrzeń. Poza kurortami pięciogwiazdkowych hoteli nie jest tak pięknie jak na zdjęciach biur turystycznych, niemniej połączenie indyjskości z niespotykanym wyluzowaniem i poczuciem bezpieczeństwa pozwala na realne odcięcie się od zachodniego świata (tym bardziej jeśli pójdziemy w ślad rosyjskich rave party xD).

Z zasady kultura i dominujące religie w Indiach są jednymi z najbardziej pokojowych na świecie i sami Indusi są bardzo ciepli, otwarci i gościnni mimo kolonialnych krzywd. Nie będę wypisywać porad dla podróżujących, bo bardzo możliwym jest, że moje podpowiedzi mogą być już nieaktualne. Zainteresowanym mogę odpisać na konkretne zagadnienia w komentarzach bądź na priv.

Poniżej zdjęcia wśród których jedno, które zdobyło wyróżnienie w konkursie fotograficznym National Geographic. Zgadnijcie, które?

local girl in New Delhi
red fort, old delhi (part for wives of the king)
red fort, old delhi
lotus temple
jal mahal, jaipur
jaipur
jaipur
goa, anjuna beach

goa

goa
on the route to Tilwara horse fair

tilwara horse fair

tilwara horse fair

tilwara horse fair

orccha

orccha

mahir

/

/

chitrkut

chitrkut

chitrkut

/

dilli hat

Co by było gdyby francuski był językiem polskim?

/ źródło obrazka: http://www.frenchcircles.ca/fun/
Im dłużej się uczę tego języka i im bardziej jestem zaawansowana, tym bardziej mnie ten język denerwuje.

Trzeba przyznać, że jest to język artystów, o wysokim kontekście kulturowym, język poetycki, literacki, plastyczny, wysublimowany. Brzmi pięknie. Ale gdy zaczynasz szukać w nim sensu i logiki, to zaczyna tracić swój urok.

Wiadomym jest, że każdy język ze względu na swoją historię zaczyna podtrzymywać pewne wyrażenia czy zasady, które ciężko jest osobom współczesnym uzasadnić, ale w moim osobistym odczuciu francuski wykracza pod tym względem ponad wszelkie możliwe normy.

Akademia mająca stać na straży języka, ale też pracować nad jego unowocześnieniem (a w szczególności ortografii), i która wydaje swoje "święte" słowniki uznawana jest nawet przez samych Francuzów za nadto konserwatywną instytucję. Nie pomaga jej w tym dożywotnie mianowanie jej członków.

Czasem napotkasz na pisownię lub konstrukcję, która kłuje w oczy, ale od specjalistów usłyszysz, że jakiś poeta w którymś tam wieku tak wymyślił i od tamtej pory tak trzeba pisać... I to jest najczęstsze uzasadnienie - historyczno-literackie, często nie uwzględniające w ogóle rozwoju języka na przestrzeni lat.

W mojej opinii język to twór żywy i służący przede wszystkim do komunikacji. Zostawmy poetom to co poetyckie, a ludziom to, co ludzkie. Na przestrzeni lat wszystkie języki w naturalny sposób zaczynają się upraszczać. Lepiej! Roboty stwierdziły, że ludzkie języki są nieefektywne i postanowiły stworzyć własny!

W takim razie co by się stało, gdyby francuski był językiem Polaków? Może polski nie jest kwiatem najprostszych języków, ale można by stwierdzić, że jednym z najbardziej logicznych.

- nie używalibyśmy rodzajników, bo wymawialibyśmy końcówki (w wielu francuskich słowach nie wymawia się końcówek, nawet tych kilometrowych lub zamienia się je w jeden dźwięk, który może być zapisany na milion sposobów, patrz poniżej)

- i uprościlibyśmy ortografię dostosowując ją do wymowy...
jeden prostokąt to jeden i TEN SAM dźwięk
- tam gdzie rodzajniki były potrzebne do poprawnej wymowy - dodalibyśmy odpowiedni wydźwięk do słowa, np.: zamiast "les yeux" (le 'z' ju) liczba mnoga słowa "oczy" byłaby "syeux" albo "zyeux" albo jeszcze prościej bo na kij ten x - "zyeu" (zju)

- dalibyśmy sobie spokój z utrzymywaniem archetypicznego systemu szóstkowego w liczbach i na wzór szwajcarski bądź kanadyjski używalibyśmy "logicznych" nazw liczb: zamiast (99) "quatre-vingt-dix-neuf" (katr-wan-diz-nef; czyli: cztery razy dwadzieścia plus dziesięć i dziewięć) - "nonate neuf" (nonąt nef)

- nie uzgadnialibyśmy formy orzeczenia (czasownika) do dopełnienia - "je l'ai vue danser" - "widziałem ją jak tańczy" - "-e" na końcy "vue" (voir - widzieć) wskazuje na formę żeńską ze względu na "l", które jest skrócone, ale wychodzi na to, że chodzi o "la", czyli "ją". Po polsku francuski absurd brzmiałby: "Ja ją widziałam jak tańczy" - nawet jeśli powiedziałby to mężczyzna.
Frankofoni bronią tych uzgodnień mówiąc, że dzięki temu jest bardziej precyzyjnie, ale co to za precyzja, skoro tylko wiemy kto tańczył (coś w formie żeńskiej), a nie kto mówi? Dopóki widzimy nadawcę komunikatu to super, ale np. w piśmie to już nie jest takie oczywiste. No i o ile łatwiej się wymawia skrócone formy "l'ai" (le) zamiast "la ai" (la e), to jednak nie skracając nie trzeba by było uzgadniać ;)

- nie używalibyśmy osób w zdaniach, ponieważ formę osobową dodalibyśmy do orzeczenia (czasownika) - ujednoznacznilibyśmy odmianę czasowników. Nie mówimy tak jak Francuzi: "Ja idę spać", tylko "idę spać", bo idę jest oczywistą formą dla ja. Francuzi tak zagmatwali swoje odmiany czasowników, że muszą dodać osobę, żeby było wiadomo kto w końcu idzie spać :D.

Reasumując, gdyby francuski był językiem polskim, to nie tworzylibyśmy bezsensownie kilometrowych zdań od konstrukcji po ortografię, bo nie naprawialibyśmy na siłę tego, co sami zepsuliśmy ;). Dla mnie francuski w obecnej formie, to rodzaj zdegenerowanego języka.

Macie jakieś dodatkowe spostrzeżenia co do tego co byśmy po polsku zrobili inaczej?

Wioskowy turniej sportowy, hit czy kit?



Jak już wspominałam TUTAJ lokalne społeczności są bardzo aktywne, nawet w miejscowościach liczących ledwo 1-2 000 mieszkańców.

Uczestniczyłam ostatnio w takim lokalnym turnieju siatkówki i jestem nim zachwycona. Klub siatkówki damskiej w okolicy jest tylko jeden i wystawił 2 drużyny + jeden klub męskiej (1 drużyna), a w sumie drużyn było kilkanaście. Pozostałe ekipy zostały uformowane wśród np. członków innych klubów sportowych, takich jak: tenisa, piłki nożnej, ping ponga; a także wśród wszelkich innych sympatyków aktywnego spędzania czasu.

Najbardziej zachwycająca była atmosfera - nikt nie przyjechał tam po (niewiele znaczący) puchar, dziadkowie grali przeciw wnukom, żony przeciwko mężom, tenisiści przeciwko byłym profesjonalistom. Bez nadęcia, między piwkami, wzajemnie dopingujące się drużyny. A przecież wszyscy grali przeciwko wszystkim. Lepiej! Niektórzy panowie nawet jak już przesadzili z piwkami nadal byli niesamowicie sympatyczni i weseli. W Polsce pewien stan upojenia może się skończyć agresją albo przynajmniej niewybrednymi komentarzami, szczególnie wobec kobiet. Tutaj nic takiego nie miało miejsca!

Między innymi w ten sposób klub, który owy turniej zorganizował, zbiera środki na dodatkowe aktywności, którymi (może niestety, ale w sumie zależy od ambicji) nie są wyjazdy na profesjonalne turnieje, ale np. wyjazdy towarzyskie. W tym roku - na Korsykę. Trudno mówić o tym aby taki amatorski klub zza stodoły (literalnie, krowy też nam dopingowały zza okna) miał ambicje na turnieje, tym bardziej, że wiek, kondycja i poziom zaawansowania jest bardzo zróżnicowany. Od dwudziestoparolatków po emerytów. I nikt z tych, którzy kupowali w klubowym sklepie (barze) i brali udział w owym turnieju nie miał o to pretensji. Robicie coś fajnego dla lokalnej społeczności, można w zamian kupić u was coś praktycznego, to czemu miałbym mieć pretensje na co potem wydatkujecie pozyskane środki? W Polsce mogłoby to wyglądać zgoła inaczej...

W Polsce (w moim otoczeniu przynajmniej) podejście do sportu jest zero jedynkowe - albo robisz coś super profesjonalnie albo wcale. Tutaj - na luzie. Uprawiamy sport, żeby aktywnie spędzić czas RAZEM! Polski indywidualizm i ambicje (i udowadnianie światu kim to ja nie jestem) trochę utrudnia zrodzenie się takich wspólnotowych idei.

A co Wy o tym myślicie? Czy w Waszej okolicy są tego typu amatorskie kluby? Organizują turnieje? Kto w nich uczestniczy i jaka jest atmosfera? Myślicie, że da się kiedyś zasiać taki rodzaj aktywności w Polsce?

Jak zbijać hajs na "kapitale politycznym"?

/pexels


Założyć fundację i walczyć o prawa dżdżownic zgarniając wszelkie datki na własne wynagrodzenia?
(Elbanowscy, Rydzyk)

Mówić to, co ludzie chcą słyszeć, a robić to, czym da się ich przekupić?
"Komunistyczne wzorce..." ;
Powiązania z Rosją antyrosyjskiego rządu...

Dorwać się do władzy i szarpać "publiczne" (czyli "niczyje") pieniądze jak Reksio szynkę?
Kumoterstwo i nepotyzm

Nie jesteś tak głupi żeby być politykiem? Wywalili Cię z agencji od PR? Nie masz zdolności przekonywania, że walczysz o słuszny cel, aby hajsy spłynęły wodospadem na Twoje konto?

Pojawiła się kolejna opcja - handel danymi osobowymi.

Zrób ankietę, uwiarygodnij ją dostępem do regulaminu, piękną stopką, brakiem reklam wokół. Nadaj jej dramatyczny lub pseudonaukowy tytuł i uwzględnij w niej najgorętsze w dzisiejszej polityce pytania. Uczestnikom obiecaj losowanie nagrody.

By the way - aby loteria była zorganizowana zgodnie z prawem polskim musi mieć zgodę urzędu celnego w ramach kodeksu ds gier hazardowych i być przeprowadzona przez licencjonowaną państwowo osobę. Urząd musi też zaakceptować regulamin i wymaga zamieszczenia w nim odpowiednich adnotacji. Jeśli w regulaminie nie macie zapisu o ww. zgodzie ani o osobie prowadzącej - najprawdopodobniej robią Was w bambuko.

Aby wziąć udział w losowaniu wymagaj od Uczestników wszystkich możliwych danych osobowych.

Natychmiast sprzedaj pozyskane dane. Wszystkim możliwym firmom. Uważaj! Najbardziej zainteresowane będą firmy nie dbające o wiarygodność pozyskanych danych, które nękają pozyskane kontakty na wszystkie możliwe sposoby. Oni łykną wszystko, niestety też tanio.

GRATULACJE!
Właśnie zrobiłeś biznes życia na oszukiwaniu ludzi i możesz wypierdalać na Karaiby zanim UOKiK, GIODO, lub dres z bejzbolem wjadą Ci na chatę.

"Top" firmy w moim osobistym rankingu chamskiego handlu danymi, mimo że bardzo staram się uważać co komu gdzie i jak udostępniam, to:
Axciom - nie wiem w jaki sposób pozyskali dane, możliwe że nielegalnie...
Mobime - ankiety

Pamiętajcie - czytajcie regulamin, sprawdzajcie administratora danych osobowych, sprawdzajcie opinie na temat danej akcji bądź firmy, sprawdźcie czy konkurs/loteria jest legalnie = poprawnie zorganizowany i dopiero możecie sobie pozwolić na udostępnienie jakichkolwiek danych.

Nie liczcie na to, że takie przypadkowe ankiety pozwolą Wam się wyrazić i wpłyną na opinię publiczną - jedyne PRAWDZIWE sondaże, to te prowadzone przez renomowane domy badawcze, np.: Nielsen, Millward Brown, Gfk, CBOS itp. ...

Niestety nie wiem jak to wygląda w Szwajcarii, bo nikt nigdy mnie jeszcze tutaj nie nękał sprzedażowo. Czyżby zjawisko typowo polskie, w naszym jakże liberalnym grajdołku, gdzie da się na 1000 sposobów ominąć prawo?

Kasy chorych w Szwajcarii - na co uważać - formalności i "profesjonalizm"

source: https://www.mamamia.com.au/awkward-facepalm-moments/

Tylko do końca września można dokonywać zmian w ubezpieczeniach "komplementarnych" (nieobowiązkowych), a do końca listopada w ubezpieczeniu bazowym (obowiązkowym).

1. Zmień swoją ofertę w sierpniu zachowując wszystkie terminy i sprytnie obniżając sobie składki mając większe pokrycie ewentualnych kosztów (mniejszy pakiet bazowy, ale większy komplementarny). 😎👌

2. Otrzymaj pod koniec października zaktualizowane polisy, w których w efekcie musisz płacić więcej niż przed zmianami. 😨 (podobno we wrześniu rządowo są publikowane nowe cenniki i dopiero wtedy ubezpieczyciele dostosowują swoje oferty do rządowych cenników)

3. Wydzwaniaj i pisz do swojej kasy, że się nie zgadzasz i prosisz o kontrofertę - otrzymaj kontrofertę w formie "potwarzu" - droższą bądź niewiele tańszą, a dużo bardziej okrojoną. 😱 😖
* pomijając że Twój ubezpieczyciel, mimo że chwali się z pracy w 4 językach, gadałby z Tobą wyłącznie po niemiecku; na prośbę o oddzwonienie nie oddzwania itd.
 
4. Znajdź na stronie swojej kasy chorych, że mają tańszy pakiet w zakresie, który Cię interesuje i delikatnie mówiąc zdenerwuj się na ich podejście do klienta (normalnie jak UPC w Warszawie, rżnąć na kasę lub odbębniać godziny olewając klienta...) 😵

5. Przestudiuj oferty wszystkich możliwych ubezpieczycieli (osobiście, bezpośrednio, a nie przez comparisa) i uciesz się, że polskie korzenie cwaniactwa nie idą w las - znalazłeś najtańszą ofertę ubezpieczenia bazowego na rynku pokrywającą więcej niż chciałeś i w renomowanej kasie, a nie firmie krzak. 🙌

6. Zdecyduj się terminowo zrezygnować z ubezpieczenia bazowego (z komplementarnego już nie możesz) - odeślij podpisane dokumenty na początku listopada do swojego nowego ubezpieczyciela pocztą, przesyłką rejestrowaną. 😏😌
* aby zrezygnować z dotychczasowego ubezpieczenia musisz odesłać do niego podpisane wypowiedzenie przez nowego ubezpieczyciela.

7. Czekaj ............................................................................................ Zero kontaktu.......................

8. Wydzwoń nowego ubezpieczyciela pod koniec listopada, żeby dowiedzieć się jaki jest status Twojej sprawy i dowiedz się, że żadne dokumenty do niego nie dotarły. 😠 (Trudnym jest przecież skontaktowanie się z nowym klientem i dopytanie jak nam coś nie gra?)

9. Z racji terminu - postaw wszystkich na głowie i wyrwij współubezpieczonych z pracy, bo trzeba na gwałt na nowo wypełnić i wysłać dokumenty - i to nie z Twojej winy, bo niby wszystkiego dopilnowałeś. 🏃

10. Wyślij dokumenty ponownie mailem i dowiedz się, że znowu żadne dokumenty do nich nie dotarły. 👊

11. Profilaktycznie wyślij rezygnację bez podpisu nowego ubezpieczyciela do obecnego - to jedyny mail, który dostanie i na który zareaguje Twój nowy ubezpieczyciel........

12. Zadzwoń i potwierdź czy w końcu maile przynajmniej dotarły, czekaj pół godziny na słuchawce co chwila słysząc, że nie ma, dopóki dopóty w końcu znajdą. Otrzymaj potwierdzenie, że wszystko jest w porządku i już wszystko mają i już nic nie trzeba robić. 💣

13. Otrzymaj telefon następnego dnia, że nie mają żadnych dokumentów poza mailem z rezygnacją i czy i kiedy i jak zrobiłam i odsyłałam ofertę............................................................................. 🙈🙉🙊😿

Neverending story.

Może będzie taniej, ale skoro mają taki bałagan, że gubią pocztę i maile, nie przekazują sobie informacji, to czy potem jak trzeba będzie skorzystać z tego ubezpieczenia, czy znowu nie będzie problemów? :/

O ile prawie całkowicie prywatny i obowiązkowy system opieki zdrowotnej w Szwajcarii wpływa na wysoką jakość usług medycznych, o tyle jego cieniem niestety są maksymalnie komercyjni ubezpieczyciele w pozycji siły, z którymi co roku trzeba toczyć "batalie" lub bulić ile zaśpiewają...


Sardynia - mój osobisty raj.

/

Sardynia to, wbrew swej sławie, nie tylko kurort prezydencki. Osobiście onieśmieliła moją ignorancję swoim bogactwem historycznym, archeologiczny i kulturowym. Jeśli dołączymy do tego nienaganne warunki klimatyczne dla ciepłolubów, zjawiskową przyrodę i włoski styl życia, to już nie da się sobie wyobrazić lepszego miejsca do wypoczynku bądź spokojnego życia.

Sardynia nie korzysta za wiele z zachodniego rozkwitu gospodarczego i brakuje tam ewentualnie dobrych możliwości zarobkowych. Dla młodych i ambitnych ludzi także jest ograniczająca. Możliwe, że uwarunkowuje to historyczne traktowanie Sardynii jako regionu podległego, eksploatowanego i możliwym też jest, że mogłaby sobie radzić lepiej gospodarczo nie będąc częścią Włoch, a niezależnym krajem, do czego wielu Sardyńczyków utyskuje, ale czują się bezsilni.

W związku z powyższym nie istnieją autostrady, drogi są w średnio-polskim stanie, komunikacja publiczna też nie jest zbyt powszechna, gdzieniegdzie widać brak pieniędzy, chociaż jest czysto i bezpiecznie... I w mniej turystycznych miejscach - bardzo tanio. Najdroższy w wyprawie na tę wyspę jest dojazd i nocleg. Chociaż rezerwując loty odpowiednio wcześniej można znaleźć je nawet po 200zł w dwie strony.

Sardynia to też jedno z niewielu miejsc w Europie gdzie można spotkać dzikie flaminigi.

https://www.banialuki.net/gdzie-znalezc-flamingi-na-sardynii/
A jedną z godnych polecenia atrakcji turystycznych jest wycieczka łódką po nabrzeżnych grotach i plażach, do których często nie ma dostępu z lądu.

/Sardynia

/Sardynia

/Sardynia

"Włochy są krajem z największą na świecie liczbą obiektów wpisanych na Listę Światowego Dziedzictwa Przyrodniczego i Kulturalnego UNESCO. (...) 18 znajduje się w południowych Włoszech, z których tylko jeden (choć wydaje się, że więcej miejsc na to zasługuje) położony jest na Sardynii. Jest to najbardziej okazały na wyspie zespół archeologiczny z epoki nuragijskiej - Su Nuraxi(...)." / Sardynia, travelbook wyd. Bezdroża, Helion SA, 2016

Sardyńskie kulinaria to mieszanka owoców morza i górskich wiktuałów (np. baranina, sery). Tamtejsza ludność stając przed koniecznością ciągłej obrony przed różnorodnymi grabieżami, np. pirackimi, historycznie zamieszkiwała głównie głąb lądu i jego wzgórza. Nie można pominąć także skosztowania rodzaju likieru bądź nalewki zwanego Mirto traktowanego tam jako aperitif.

Sardynia to także wyspa tajemnic. Szacuje się, że jej tereny były jednymi z pierwszych zasiedlonych przez rodzaj ludzki w zorganizowany sposób i wśród jej zagadek występują tzw. "domus janas" z epoki przednuragijskiej (czyli prawdopodobnie przed XVII w p.n.e!) rozsiane po całej wyspie. Niektóre legendy mówią, że to domy wróżek, inne że plemienia Janas. Na razie nie jest jasne przeznaczenie owych mini grot, najbardziej prawdopodobną teorią staje się, że były to grobowce. Wiele z nich jest zorientowanych na przepiękne, panoramiczne widoki z wyspy, a niektóre są zaadaptowane na prawdziwe domy.

Sardynia jest miejscem, które skradło moje serce i nie oddało i mam nadzieję, że uda mi się bardziej przybliżyć do tej wyspy, a na pewno jeszcze nie raz tam powrócę, bo nawet wypad "zaledwie" na weekend tam pozwala się zregenerować i naładować baterie.

/Sardynia

/Sardynia

/Sardynia

Kraj Basków z perspektywy samochodowej (Hiszpania).

/

Czy warto wyruszyć na podbój Hiszpanii samochodem? I tak i nie. Jeśli wyjeżdżasz w więcej niż 2 osoby lub uda Ci się zabrać ze sobą kogoś z Blablacar, to może się taka wycieczka okazać tańsza niż podróż samolotem, ale to też zależy kiedy podejmiecie decyzję, w jakim terminie wyjedziecie i skąd ruszacie. Jeśli długość Waszej trasy to nie więcej niż 1100 km to można spokojnie zrobić ją "na raz", ale jeśli jest znacząco dłuższa, to lepiej zaplanować nocleg bądź zwiedzanie po trasie.

Zdarzyło mi się już spędzić 15h za kierownicą z postojami na łazienkę i lunch wyłącznie, i o ile jestem doświadczonym i objeżdżonym w trasach kierowcą, to nie polecam. Ostatnie 2h to była udręka, przy czym nie stosuję redbulli, a może by pomogły. Niestety po takich specyfikach boli mnie żołądek, a potem mam problemy ze snem, więc posiłkując się na końcówce nocnej trasy odchorowywałabym taki specyfik przez kolejne dwa dni.

Jeśli ruszacie gdzieś z Polski i macie ochotę na nocleg - najekonomiczniej wypadną te przy granicy francusko-niemieckiej ze wskazaniem na stronę francuską. Możecie też pokusić się o zahaczenie o Szwajcarię lub Luksemburg...

Najdroższym zaskoczeniem mogą być autostrady we Francji. O ile mają świetnie rozbudowaną sieć i są bardzo dobrej jakości, o tyle są bardzo drogie i w przeciwieństwie do Niemiec jest na nich bardzo dużo ograniczeń i maksymalna dopuszczalna prędkość to 130km/h. Mandat za przekroczenie prędkości od 0-20km/h jest w jednej stawce. Ponadto dość uciążliwym jest ciągłe przejeżdżanie przez bramki. Można się pokusić o telepłatność.

Dla tych którzy miewają lęki w lataniu samolotem odradzam lądowanie w Bilbao. Lotnisko to słynie z bocznych wiatrów i lądowanie na nim może być nie lada przeżyciem na miarę wycieczki Tupolewem ;) - https://www.youtube.com/watch?v=cfnujqVJLVM 

Wybór destynacji naszej podróży był zdefiniowany poprzez miejsce przebywania naszych znajomych, więc nie musieliśmy płacić za hotel.

/San Sebastian

/San Sebastian


/San Sebastian

/San Sebastian
Mimo wyprawy w środku jesieni pogodę zaklasyfikowałabym jako ładny polski sierpień. Było bardzo ciepło i słonecznie, choć podobno dość często tam pada.

Wszelkie miejsca warte odwiedzenia znajdziecie na oficjalnej stronie turystycznej: https://tourism.euskadi.eus/en/ .

Ceny wyżywienia zaklasyfikowałabym jako zbliżone do niemieckich przy czym warto pamiętać, że San Sebastian czy Bilbao to jedne z najbogatszych, a przy tym najdroższych rejonów Hiszpanii.

Kraj Basków jest dość górzystym regionem, więc może być wyzwaniem dla "słabszych" aut nawet na autostradzie (niektóre wzniesienia jadąc na tempomacie w manualu powodują, że auto momentalnie zwalnia np. ze 120 na 80km/h, a jadąc z górki co kilka kilometrów są pasy awaryjnego hamowania), za to widoki zachęcają do spokojniejszej jazdy aby się nimi delektować. Mnie wyjątkowo urzekła trasa z San Sebastian do Bilbao. Niestety na tej samej trasie mieści się fabryka papieru, która wywołuje malowniczą mgłę, uciążliwy smog i przy gorszych wiatrach niesamowity smród stęchlizny w całym rejonie.

W ramach naszej wojaży rzuciliśmy okiem na:
Urdaibai Biosphere Reserve z różnych miasteczek na jego brzegu, np.:
/Mundaka

/Mundaka

Gdybyśmy mieli więcej czasu pewnie skusilibyśmy się jeszcze na zwiedzenie kilku zamków, np.: Butron, Arteaga.

Niemniej nie ma czego żałować, bo rzuciliśmy okiem na San Juan de Gaztelugatxe [Gaztelugacze], który zasłynął z planu zdjęciowego Gry o tron oraz nie udało nam się powstrzymać przed francuską częścią Kraju Basków z jej Chateau d'Abbadie.


Aby skutecznie dotrzeć do tego pierwszego i zabić dzwonem w celu spełnienia swojego życzenia, należy wyruszyć w miarę rano (później parking jest pełny) oraz przyodziać w miarę sportowe ubranie. Na trasie są nie tylko niezliczone schody, ale też leśna, stroma, czasem skalista ścieżka, która może być miejscami bardzo śliska.

Zamek po stronie francuskiej jest równie osobliwy jak jego ówczesny właściciel, który był przede wszystkim etnografem i astronomem oraz znał 14 języków i przyczynił się do sformalizowania języku Basków. Jego budowla stanowiła przede wszystkim obserwatorium astronomiczne a obecnie, o ile dobrze zrozumiałam, należy do Uniwersytetu i przez wiele lat po śmierci Antoine-a dalej służyła w ww. celu.
Wycieczki nie rezerwowane z odpowiednim wyprzedzeniem są najczęściej po francusku. Nie można wejść bez przewodnika. Na szczęście w trakcie owej wycieczki można otrzymać folder w kilku językach. Zamek ten swoimi murami opowiada życie arystokratów ekscytujących się romantyzmem w formie godnej rokokowej przesady, abolicjonizmu, szalonej miłości, religijności i pasji do nauki.

/Chateau d'Abbadie

/Chateau d'Abbadie

/Chateau d'Abbadie

No i wisienką na torcie będzie Bilbao. Co prawda wolę miasta o strukturze i wielkości San Sebastian i dla mnie SS to trochę taka mała szwajcaria Hiszpanii. Bilbao jest już dla mnie za duże i lekko męczące, lekko klaustrofobiczne, niemniej niepodważalnie piękne i zachwycające swoim Muzeum Guggenheim-a. Z racji ograniczonego czasu wybrałam się na 3h spacer po mieście celując w jego kluczowe punkty od Uniwersytetu przez park po G. po Mercado de la Ribera i oczywiście wiedziona moim niezawodnym szczęściem trafiłam na jedyną w mieście ulicę dziwek i dealerów xD.

/Bilbao

/Bilbao

/Bilbao

/Guggenheim
/Bilbao