Szukaj na tym blogu

More News

Parkingi w Genewie

/http://www.ville-geneve.ch/themes/mobilite/voitures-motos/stationnement-parking/

Uwielbiam jeździć samochodem, niestety Szwajcaria skutecznie zniechęci do poruszania się autem nawet najbardziej zagorzałego kierowcę, w tym i mnie. Tym razem przedstawię Wam możliwości parkowania w Genewie. Pamiętajcie jednak, że wszędzie miejsca parkingowe są chyba przewidziane dla krasnali :). Z małym autem nie ma problemu, ale nawet zwykły sedan może już mieć lekki problem.

Parkingi "zwykłe" dzielą się na strefy białe, niebieskie i żółte. Brak linii to brak parkingu :).


Białe są to z reguły parkingi darmowe i bez ograniczeń (bardzo rzadkie w miastach). Najczęściej dotyczą miejsc na skutery/motocykle lub ewentualnie dla mieszkańców z odpowiednim pozwoleniem za szybą ("macaron"). Niemniej nie ciesz się przesadnie na widok białej linii parkingowej - patrz na znaki ;), może się komuś farba skończyła... Czasem widuję białe linie do parkowania przy parkomatach... 

Uwaga! Najczęściej trafiam na parkomaty, gdzie po wrzuceniu monet i wpisaniu lub naciśnięciu numeru miejsca parkingowego Twój czas postoju wyświetla się na parkomacie. Nie dostajesz żadnego wydruku itp.


Niebieskie - parking z ograniczeniem czasowym - najczęstsze. Parkując na niebieskich liniach powinieneś mieć tzw. "zegar" - papierowy, który po ustawieniu godziny przyjazdu umieszczasz za szybą auta. Najczęściej strefy niebieskie pozwalają na parkowanie 1,5-3h. Zegar można nabyć na poczcie, w urzędzie, na policji lub w sklepach samochodowych.

Uwaga! Linie niebieskie także czasami podlegają pod parkomaty.

Żółte - miejsca specjalne/zarezerwowane. Najczęściej tak oznaczone są parkingi prywatne, dla gości, dla dostaw, zakaz parkowania lub dla niepełnosprawnych. Ryzykujesz natychmiastowe holowanie parkując na takim miejscu bez autoryzacji.

Publiczne, płatne, podziemne parkingi - moje ulubione.
Tu nie musisz się martwić czy znajdziesz miejsce i jak długo możesz na nich stać. Niestety są drogie, ale jeśli macie w planach parkować w centrum Genewy, to poniżej przedstawię 3 najbardziej znane parkingi. Pamiętajcie, że ceny różnią się w zależności od godzin. W ciągu dnia jest bardzo drogo, w nocy bardzo tanio. Można też pokusić się o abonament.

Parking Cornavin - najwygodniejszy z punktu widzenia kierowcy; ma wiele wjazdów i wyjazdów, jest w miarę dobrze zaprojektowany, ma przejrzyste zasady. Jeśli planujesz dłuższy postój niż 1h, to zjedź na niższe poziomy - są tańsze.
Przeciętny postój w ciągu dnia przez 3h to 11chf, na pierwszym poziomie - 13.

Parking Arcades - wjazd jest pod budynkiem i zjeżdża się na odpowiedni poziom długą krętą, lekko ciasną drogą.
Główna zaleta - tańszy od Cornavin. 3h w ciągu dnia to 9chf.

Najtańszy w tej okolicy Parking Montbrillant - koło siedziby poczty. Jest on trochę na uboczu centrum i trzeba trochę rozkminić którędy na niego wjechać. Czasem zdarza się że automaty do biletów nie działają :D.
Postój 3h w ciągu dnia - 5chf.

No to już wiecie gdzie warto parkować ;) 

Źródło (poza doświadczeniem):
http://www.ville-geneve.ch/themes/mobilite/voitures-motos/stationnement-parking/
https://www.geneve-parking.ch/en
 

Przykładowy plan krótkiej wycieczki (dla aktywnych) po południowo-zachodniej Szwajcarii.


/

Ten artykuł będzie typowo poradnikowy. Jeśli wybierasz się na kilka dni do Szwajcarii, akurat w okolice części francusko-języcznej, poniżej znajdziesz przykładowy plan wycieczki z kategorii "must see", "definitely worth it". Jest to typowo turystyczny plan, Ci którzy lubią odkrywać nieznane z plecakiem w ręku się w nim nie odnajdą, ale Ci, którzy chcą się pochwalić, że naprawdę liznęli Szwajcarii i porobić sobie słit focie na facebooka - będą zadowoleni. Zrealizowanie tego planu w 100% ze wszystkimi wejściówkami to koszt około 130chf od osoby (bez akomodacji, jedzenia, paliwa i innych środków transportu), ale można pominąć niektóre wejścia i przejść się po prostu zobaczyć dane miejsce, na spacer wokół.

Dzień 1 - Genewa
/https://www.mycityhighlight.com/geneva-10/patek-philippe-museum-1714

Muzeum Patek Philippe - wstęp 10chf

Jeden z założycieli tej jednej z najsłynniejszych firm zegarmistrzowskich był Polakiem! Nie możesz przegapić tego miejsca!

Uwaga!
- muzeum jest nieczynne w poniedziałki i funkcjonuje w określonych godzinach - sprawdźcie te godziny, żeby nie pocałować klamki.
- rada praktyczna 1 - wybierzcie się do muzeum w złą lub upalną pogodę - ominiecie siódme poty na innych aktywnościach nie marnując czasu
- rada praktyczna 2 - w Genewie ciężko jest z parkowaniem "na ulicy", a nawet jak upolujecie miejscówkę, to max 90 minut postoju. Polecam komunikację miejską lub parkingi podziemne - te niemniej sporo kosztują. Niedaleko Muzeum PP jest parking Uniwersytetu. Wpis o parkingach w Genewie pojawi się osobno.

Spacer po Starówce i wzdłuż jeziora
/
Pozwólcie sobie się szwędać i pogubić i nie omińcie "jet d'eau" - Genewa jest tak mała, że i tak się nie zgubicie...

Uwaga!
- po jeziorze genewskim kursują tramwaje wodne, więc nie bójcie się, że pójdziecie gdzieś daleko i nie będziecie mieli siły wrócić. Owe tramwaje kosztują tyle samo, co zwykła komunikacja miejska. Jeśli uwielbiacie planować - sprawdźcie najdalszy przystanek jaki będzie po Waszej trasie i skorzystajcie z powrotu tramwajem, nawet jeśli z przesiadkami. Bilet jest na czas, a nie na przejazd.
- Jeśli starczy Wam czasu i pieniędzy, przepłyńcie się statkiem CGN, osobiście polecam do Yvoire (cała wycieczka to około 3h) - pięknego miasteczka francuskiego słynącego z bycia najpiękniej przystrojonym kwiatami :) Będziecie mieli szansę popodziwiać np... wille nad jeziorem z garażami na łódki i niekończące się nadjeziorne winnice.
/
Dzień 2 - Lausanne


Chateau de Chillon - wstęp 12,5 chf


/
Uwaga!
- jeśli mniej więcej ogarniacie historycznie średniowiecze, to nie polecam brać audioguide. Muzeum jest interaktywne, a ekspozycje dobrze opisane. Przewodnik według mnie jest zbędny, a bez niego szybciej przejdziecie przez zamek (z audioguide wychodzi około półtorej godziny).
- można spokojnie (choć trzeba polować na miejsce) zaparkować w okolicy muzeum, postój na ulicy bodajże do 3h z "zegarem".

Montreaux - promenada (zdjęcie główne posta)
Spacer promenadą pozwoli Wam na relaks, trochę cienia, podziwianie wyjątkowej architektury i przyrody. Może nawet spotkacie Freddiego Mercury ;). Dla żądnych atrakcji - na promenadzie można wykupić przejazd motorówką lub inną łódką.


Lavaux Express - 15-25 chf


Kolejka turystyczna przejeżdżająca przez okoliczne winnice objęte ochroną UNESCO - niesamowite widoki.

Uwaga!
- kolejka najczęściej kursuje od piątku do niedzieli, w tygodniu rzadko.
- już kilka dni wcześniej potrafią być wyprzedane bilety, więc sprawdźcie interesującą Was datę i godzinę i nawet zarezerwujcie online wcześniej.
- polecam kurs z degustacją win.

Dzień 3 - Lausanne

Muzeum olimpijskie - wstęp 18 chf


Nie udało nam się do niego dotrzeć, więc nie mam pod tym względem rad praktycznych.

Spacer po Glion i/lub Caux
/
Urokliwe górskie miejscowości, polecam na spacer, w których była zakochana bawarska Sisi. Można się tam dostać samochodem, ale są to górskie, ciasne drogi. Można też wcześniej zaplanować dojechanie tam urokliwą kolejką górską.

Dzień 4 - Leukerbad

Termy w Leukerbad - 3h 25 chf.

Termy te słyną z wyjątkowych widoków. Kompleks osadzony jest w niecce między górami. Droga doń na ostatnim odcinku niestety jest kręta, ciasna i górzysta. Polecamy jechać z doświadczonym kierowcą i/lub lepszym autem niż fiat 500 ;). Poza sezonem letnim droga może być zamknięta lub wymagać kolców.

Dzień 3 - Zermatt i Materhorn

Zermatt uchodzi za luksusowy kurort dla Rosjan, niemniej samo miasteczko jest dość ciekawe, a z niego można się dostać w okolice Matterhornu - najsłynniejszej góry Szwajcarii służącej za jej symbol.

Uwaga!
- nie da się dojechać autem bezpośrednio do Zermatt - jest to miasto z ograniczeniem ruchu pojazdów. Należy zostawić auto na park&ride w Tasch i stamtąd wziąć często kursujące pociągi.
- Matterhorn jest jednym z najwyższych alpejskich szczytów, więc przygotujcie się na typowo górską, kapryśną pogodę i sprawdźcie trasy piesze dostosowane do Waszego poziomu zaawansowania.
- dla leniwych - jest kilka możliwości wjazdu w okolice Matterhornu (w widokówkowe miejsca) kolejką lub wyciągiem, w różnych cenach, niemniej najtańsza i najkrótsza trasa to około 40chf.

Mam nadzieję, że ten poradnik komuś się przyda :).





Kubańskie cygara i test relacji międzyludzkich...

/pexels

Paparental Advisory popełnił całkiem słuszny tekst o tym, za czym tęskną Polacy na emigracji zadając jednocześnie pytanie czy ta tęsknota rzeczywiście jest uzasadniona. Oczywiście że nie, o ile nie masz bardzo silnych więzi rodzinnych, bo "nasze miejsce" jest tam, gdzie są "nasi ludzie" i jest to wyjątkowo obiektywne stwierdzenie faktu. Nie tęsknimy za faktycznymi rzeczami/miejscami takimi jakie są, tęsknimy za wspomnieniami, tak samo jak Twój dziadek za czereśniami z dzieciństwa podkradanymi od sąsiada. Tak samo jak niektórzy dorośli za koloniami, za którymi inni nie.

Ten artykuł zainspirował i mnie do podzielenia się słodko-gorzką obserwacją dotyczącą ludzi i relacji międzyludzkich, która wydaje się być dość uniwersalna, choć na razie mniej widoczna w mniej zamożnych krajach.

W Polsce bardzo często usłyszysz określenia "kolesiostwo", "klub krótkich spodenek" albo "klub prezesów". Ok, jest to zjawisko szersze, niż to co chcę opisać, ale skupmy się na jednej właściwości - "my i oni". Ludzie, którzy osiągnęli sukces, którzy mają więcej niż inni, z jednej strony trzymają się głównie z ludźmi o tym samym stanie posiadania, z drugiej zaś strony są znienawidzeni przez resztę. Na szacunek (ale niekoniecznie sympatię) mogą sobie zasłużyć jedynie udając (ukrywając) swoje osiągnięcia i stan posiadania. Jak często widzicie "mezalianse" społeczne, kumplowania się pomimo/między stanami posiadania?

Niedawno mieliśmy imprezę "fête des voisins". Poznaliśmy w końcu tych sąsiadów, których nie mieliśmy okazji poznać wcześniej i powiększyliśmy grono znajomości wśród Szwajcarów (gdyż trudno jest takich prawdziwych spotkać :D). Wśród nich zakumplowaliśmy się niesamowicie z jedną pół-szwajcarską rodziną, jak z żadnym z dotychczasowych sąsiadów. Przegadujemy z nimi z reguły cały wieczór i noc, pijemy prawie jak z Polakami i wchodzimy (o dziwo!) czasem na bardzo intymne, prywatne, kontrowersyjne tematy bez krzywych min czy obrazy majestatu (co też w Szwajcarii nie uchodzi za normalne).

Już na jednym z pierwszych spotkań zostaliśmy ugoszczeni po królewsku, najlepszymi winami i ... kubańskimi cygarami. Została nam zaproponowana przejażdżka kolekcjonerskim, starym Porsche i zostaliśmy zachęceni do zrobienia prawa jazdy na motor żeby jeździć motocyklami owego sąsiada... Historia jak z filmu, nie? No to teraz uwaga - nie odważ się dzielić takimi historiami ze swoimi znajomymi (!!) albo od razu wyjdź z założenia, że dzięki takiej historii przesortujesz znajomych na tych "prawdziwych, z dystansem do świata" i tych, których zżera wewnętrzna żółć.

Większość ludzi słysząc tę historię krzywo się na mnie patrzy i sądząc po wzroku ocenia na próżną lalę, która właśnie wylądowała z marsa... Za to gdy zastanawiam się nad sensem takiej sympatii tych sąsiadów, akurat do nas (skoro nie mamy nawet 1/100 tego co oni), szczególnie po moich doświadczeniach z dzielenia się powyższą historią z ludźmi, stwierdzam, że owi sąsiedzi muszą być strasznie samotni w życiu... Im więcej masz i im większą masz czelność o tym mówić, nawet jeśli podchodzisz do ludzi z szczerą sympatią, otwartością i brakiem oceniania (wszyscy na osiedlu muszą wiedzieć którzy to my, co mają najstarsze i najgorsze i najbardziej niesprawne auto świata, więc chyba wiadomo, "kto my jesteśmy", a jednak nikt nas nie szufladkuje, nie spycha na margines społeczny i chętnie nawiązują relacje...), to i tak wielu ludzi się od Ciebie odwróci. Smutną konstatację mam taką, że Ci sąsiedzi tak nas polubili, bo pewnie 90% ich dotychczasowych relacji się posypała, właśnie ze względu na majętność...

Nie jest to jedyna historia. Na przykład nasi Polscy znajomi także przebywający na emigracji bardzo często uważają, że nie powinniśmy żyć tak jak żyjemy. Nie dociera do nich argument, że nie musieliśmy się wyprowadzać za chlebem, bo i w Polsce dalibyśmy sobie niemarnie radę, tylko chcieliśmy, z różnych innych powodów. Nie jesteśmy po to, żeby się na siłę dorabiać, kosztem wegetacji zamiast życia. Chcemy po prostu żyć. Ok, nasz obecny standard przerósł nawet nasze oczekiwania i gdyby nam się noga podwinęła, to dostosujemy się do owej fali, ale skoro nie musimy, to po co? Nasza sytuacja jest o tyle "śmieszna", że los sam nam podsuwa rozwiązania, o których byśmy nie pomyśleli, a my po prostu jesteśmy otwarci na zmiany i przeżywanie życia. Wielu ludzi nie może tego znieść...

Ludzie nie cieszą się Twoim szczęściem, ludzie zazdroszczą.

Zazdroszczą, że znasz języki lub bardzo szybko się ich uczysz, zazdroszczą, że masz odwagę, zazdroszczą, że masz nietypowe kompetencje, które znajdują swoje miejsce także poza Polską. Ludzie nieustannie się porównują i rywalizują ze sobą i tę rywalizację przenoszą także na swoje związki (czy to z partnerem czy z "przyjacielem"). Nie mogą znieść, że oni się dorabiają a Ty nie, nawet jeśli stać ich czasem na więcej niż Ciebie.

Mówi się, że przyjaciół poznaje się w biedzie, a ja powiem, że przyjaciół poznaje się w szczęściu - ludzie nie są w stanie cieszyć się Twoim szczęściem.

Bieda niestety jest w głowie. Są ludzie, którzy mają "bieda mentalność" niezależnie od stanu posiadania i jest duża szansa, że ją przekażą kolejnym pokoleniom. Ich pozorne szczęście jest wprost proporcjonalnie uzależnione od ilości zer na koncie i poczucia trudu do ich zdobycia, a multiplikujące się poprzez niechęć do ich wydawania, kombinatorstwo i polowanie na okazje. W swojej zaciekłej walce o wymarzony byt nie potrafią być wdzięczni ani czerpać radości z życia. Czasem także przestają się rozwijać czy to zawodowo czy wewnętrznie (mentalnie, duchowo). Skończą tak samo jak ich poprzednie pokolenia - pokazując kolejnym - "zobacz jak ciężko pracowaliśmy na to co mamy, Twoim sensem życia jest też wyłącznie ciężka praca, a jak zrobisz cokolwiek inaczej niż my, to będziesz bezwartościowym człowiekiem".

Możliwe, że to też jest jedna z przyczyn polskiej degrengolady mimo silnych wzrostów ekonomicznych. Może ekonomicznie dogonimy Europę za 25-50 lat, ale mentalnościowo raczej za 100... Nie mam stu lat na to, żeby walczyć z polskimi wiatrakami. Chcę żyć, tu i teraz i swoim życiem, a nie czyimś. W Polsce czuję się bardziej obco niż za granicą. Wiele pokoleń walczyło o Polskę i kolejne będą walczyć. Czy na pewno o taka Polskę walczyli i walczymy, jaką mamy?

Czy wiesz, dlaczego niewiele wiesz o Szwajcarii?

/fundacja PAFERE
Wstyd się przyznać, ale zanim moja ścieżka połączyła się z Szwajcarią, nie miałam żadnych skojarzeń z tym krajem. Nie przychodziły mi do głowy nawet żadne stereotypy! Oczywiście usłużni, znający się na wszystkim Polacy, raczyli mnie od razu doedukować, że to najgorszy kraj na świecie... Z braku zrozumienia panujących tu zasad reagujemy na nie jak pies na jeża wychowywani na bajkach typu "wolnoć Tomku w swoim domku". Ponadto zawsze bardziej interesowała mnie Azja niż Europa i w tym kierunku też szła moja edukacja. Zanim spakowałam konia googlowałam o tym kraju co tylko się da, i jednym z pierwszych, i jak się okazało najlepszych miejsc na jakie trafiłam, był blog Joanny Lampki: http://blabliblu.pl/ .

Autorka wyżej wymienionej książki i bloga ma wyjątkowy dar opowiadania historii i przemycania wiedzy w bardzo lekki i humorystyczny sposób oraz przyciągania do siebie nietuzinkowych ludzi. Wiele rzeczy można powiedzieć i wysłuchać o Polonii, ale Polonia, która śledzi i angażuje się w tego bloga, jest wyjątkowa.

Oczywiście książka została wydana dopiero niedawno i na pewno będzie świetnym startem dla każdego "szwajcaro-laika" i także ogromnym źródłem inspiracji polityczno-społecznych, szczególnie dla tych, którzy nie odnajdują się w demokracji na wzór polski czy amerykański. Chcesz zobaczyć jak można rządzić państwem demokratycznie i inaczej? Chcesz zobaczyć, że to działa? Według mnie lepszego systemu niż w Szwajcarii jeszcze nikt nie wymyślił i ubolewam, że inne kraje się na nim nie wzorują. Według mnie wszystkie inne demokracje niż szwajcarska, to nie są prawdziwe demokracje, a jakiś cyrk na kółkach.

"Czy wiesz, dlaczego nie wiesz, kto jest prezydentem Szwajcarii" tematu Szwajcarii nie wyczerpuje, ale bardzo zgrabnie zaznacza jego kompleksowość w sposób lekkostrawny nawet dla nastolatka jak i jako lektura do porannej kawy.

Nawiązując do stwierdzeń autorki, Polacy uważają, że "pierwszy milion trzeba ukraść", a Szwajcarzy, że wypracować, swoją własną, ciężką pracą. Między innymi z tej książki dowiesz się, czy to prawda, że Szwajcarzy wzbogacili się na majątku Żydów i nazistów i co ma wpływ na stabilną pozycję gospodarczą kraju.
"Szwajcaria ma również bardzo trudną historię budowania
państwa. Bieda, brak surowców naturalnych, żyznych gleb,
niesprzyjające warunki geograficzne, a także wielokulturowość,
wielojęzyczność, wieloreligijność i bardzo silni sąsiedzi,
którzy wielokrotnie próbowali zdominować niewielkie, słabe
państewko, paradoksalnie przyczyniły się do wytworzenia
specyficznego charakteru narodowego Szwajcarów. Konflikty
wewnętrzne i brak jednolitości sprawiły, że jedynym
sposobem niedopuszczenia do rozpadu państwa stało się
zachowanie jak największej autonomii kantonów. Natomiast
zagrożenie z zewnątrz, ze strony silnych sąsiadów, sprawiło, że
Szwajcarzy poczuli się jednym narodem gotowym do obrony
swojego terytorium." s.55
To, co mi ewentualnie w tym wydaniu nie odpowiada, to bardzo wyraźny subiektywizm, częste powtórzenia tych samych myśli (jak na tak krótką publikację trochę nużące), przemycanie własnych poglądów ekonomicznych (niechcący tuszując rzeczywisty pluralizm myśli i działań tego kraju, choć w pewnym sensie odzwierciedlając tym samym szwajcarską mentalność) i nikłe przypisy (źródła) do podanych informacji.

Przykładowo: autorka ochoczo przyklaskuje odrzuceniu w referendum dochodu podstawowego. Też gdy pierwszy raz usłyszałam o tym koncepcie, to byłam mu przeciwna, ale z ciekawości zaczęłam studiować różne opracowania na ten temat i na przykład: gdyby zlikwidować całą administrację związaną z zasiłkami wraz z tymi zasiłkami w Niemczech, to każdemu obywatelowi przysługiwałoby około 700 euro miesięcznie... Ponadto już za mniej więcej 20 lat może zniknąć 40% znanych nam dziś zawodów. Zastąpi je AI i robotyka. Argument "trzeba było dobrze wybrać studia" przestanie być ważny, bo bycie informatykiem będzie jak bycie kelnerem dziś... Zauważcie, że w czasach naszych rodziców wystarczyło mieć jakiekolwiek studia żeby robić karierę (a dało się i bez), a bycie doktorem torpedowało do innej klasy społecznej, dzisiaj trzeba mieć minimum magistra żeby dostać jakąkolwiek pracę, a do kariery - wąską specjalizację w chodliwej dziedzinie, a doktory kwitną jak grzyby po deszczu. W czasach naszych dzieci i doktorat to może być za mało... Czy stać nas (podatników) na to, żeby wszyscy robili doktoraty? Żeby ludzie w wieku produkcyjnym byli wyłączeni z rynku i utrzymywani przez rodziców? Dyskusja nad dochodem podstawowym nie bierze się z chęci dojenia "państwa", a z wyzwań, przed którymi globalnie stajemy. Boom technologiczny ostatnich czasów gwałtownie pomnaża dochody coraz mniejszej grupy ludzi. Przecież cały świat nie będzie złożony z samych dżobsów i masków, a zamordowanie połowy populacji ziemi jest niehumanitarne. To, co realnie napędza gospodarkę, to te "the other 98%". Dobrobyt wypracowany przez całe narody musi zostać lepiej rozdystrybuowany i wyrównać pogłębiające się różnice, które mogą doprowadzić tylko do kolejnej rewolucji, a nawet wojny. Co ciekawsze! Dyskusję o dochodzie podstawowym inicjują nie obywatele czy politycy, ale sami przedsiębiorcy! (Nie wiem kto zainicjował w Szwajcarii, ale zawsze za danymi osobami może stać niewidzialna ręka biznesu.) Ze strachu przed tym, kto będzie kupował ich produkty, jak sami stają przed obliczem masowych zwolnień! Z Gatesem na czele!

Szwajcaria jednocześnie świetnie broni się przed dzikim kapitalizmem w stylu amerykańskim, który zjada Polskę (co też w książce nie wybrzmiewa, a wydaje mi się dość istotne):
a) Jeśli chcesz mieć w firmę działającą w Szwajcarii - musisz mieć tu siedzibę.
b) Jeśli chcesz wprowadzić jakiś produkt na szwajcarski rynek na masową skalę - musisz go tutaj produkować. Najważniejsze, strategicznie dziedziny gospodarcze Szwajcarii, bronią się wysokim cłem (np. rolnictwo). Myślałam kiedyś, żeby sprowadzić moją ulubioną paszę z Polski do Szwajcarii, ale zbankrutowałabym na tej operacji...
c) Pracownicy są traktowani jak ludzie i jak źródła sukcesu i dochodu firmy: popularnym jest roczny bonus od dochodu firmy (nawet dla bardzo szeregowych pracowników), trzynaste pensje, dni wolne "od firmy", a nie z tytułu prawa pracy i dni wyznaczonych państwowo. Prawie nikt tutaj nie pracuje w święta ani w weekendy. W związku z tym komu by się chciało 6 tygodni urlopu? I w związku z tym, co z taką Polską, gdzie bardzo trudno jest wziąć urlop, który Ci przysługuje, a jak go weźmiesz, to masz szefa na telefonie? Gdzie ludzie boją się pójść na L4, bo dostaną tylko 80% pensji, która i tak ledwo starcza na kredyt i w efekcie umierają na powikłania po zapaleniu płuc? Gdzie nie ma dobrego dostępu do służby zdrowia i normalnych umów o pracę? W Szwajcarii nie istnieje inna forma zatrudnienia niż umowa o pracę! "Socjalizm", to nie "populizm". Socjalizm, to traktowanie drugiego człowieka jak... CZŁOWIEKA. I wtedy też dużo więcej można osiągnąć, a ludzie nie mają potrzeby "kraść" ani "odbierać, co moje".

Mimo wszystko, a raczej z przeważającymi plusami tej publikacji, "Czy wiesz, dlaczego nie wiesz, kto jest prezydentem Szwajcarii?" jest według mnie obowiązkową pozycją dla każdego Europejczyka.

Można ją pobrać ZA DARMO na stronie fundacji PAFERE, choć przysłowiowa złotówka w ramach datku na pewno będzie mile widziana (niemniej nie jest obowiązkowa): https://ksiazki.pafere.org/#/publication/2

Jak tylko przeczytacie - dajcie znać jakie macie przemyślenia! A może już czytaliście?



Klasy sportowe w ujeżdżeniu w Szwajcarii.

/Anja Wyss, Zumbido

Miałam okazję zobaczyć regionalne zawody pod Genewą w ujeżdżeniu i byłam zaskoczona całkiem wysokim poziomem jeźdźców w teoretycznie niskich klasach. Zaczęłam więc porównywać programy zawodów w PL i w CH żeby zrozumieć, o co chodzi.

System licencji i odznak, choć głównie z punktu widzenia skokowego znajdziecie TU.

Poniżej porównanie klas:
CH - PL - KOMENTARZ
FB - L (w niektórych programach elementy P)
L - P (w niektórych programach elementy N)
M - N (w niektórych programach elementy C)
S - C (z wyższymi elementami)

Ciekawostki, których nie mam siły chwilowo sprawdzać:

Na poziomie szwajcarskiego FB można jechać w ostrogach i z batem.

Na poziomie szwajcarskiego L można jechać na munsztuku i występują już chody zebrane. Wynika to zapewne z faktu, że klasy dla młodych koni są klasami oddzielnymi, więc jeźdźcy chyba z założenia jadą na doświadczonych/wyszkolonych koniach.

Nie można startować w zawodach bez Brevet wspomnianego w artykule o licencjach. Aby móc startować w zawodach klasy L należy mieć Brevet i zdać egzamin na licencję R (regionalną) lub udowodnić dobre wyniki w zawodach o programie FB07-FB10 (minimum 60% uzyskanych w ciągu 365 dni + 16/20 punktów na egzaminie licencyjnym, teoretycznym).

Aby uzyskać licencję N (narodową) należy, tak jak w skokach:
- posiadać licencję R od dwóch lat, lub(?)
- przedstawić wyniki zawodów z ostatnich dwóch lat na poziomie równym lub wyższym od FB05, w których zdobyło się miejsce 1-5 na przynajmniej piętnastu zawodników.

Jak zrobić prawo jazdy na przyczepę w Szwajcarii?

/http://www.cornishtractors.co.uk/richardson_horse-trailers1cornwall.html

O tym jak w ogóle zrobić prawo jazdy w Szwajcarii świetnie napisała blabliblu TU. Niedawno za to dowiedziałam się jak wygląda procedura wyrobienia prawa jazdy na przyczepę.

Aby wyrobić prawko B+E, należy:
- mieć prawo jazdy B od minimum 3 lat (o ile dobrze zrozumiałam zapisy z różnych źródeł)
- zgłosić wniosek we właściwym urzędzie komunikacji przedstawiając:
1. odpowiedni formularz,
2. aktualne badanie wzroku,
3. zdjęcie paszportowe,
4. kopię dowodu tożsamości,
5. jeśli masz problemy zdrowotne - przedstawić odpowiednie zaświadczenie od lekarza.

Nie musisz odbywać specjalnego kursu ani zdawać dodatkowych egzaminów (teoria, pierwsza pomoc itp.), bo dotyczyły one już prawka kategorii B.

Otrzymujesz prawo jazdy BE tymczasowe na 24 miesiące i obowiązek naklejenia L w widocznym miejscu. W przeciwieństwie do B nie musisz jeździć z osobą, która ma powyżej 23 lat i stałe prawo jazdy. W ciągu 24 miesięcy od wydania prawka tymczasowego masz podejść do egzaminu jak już uznasz, że będziesz gotowy. Możesz zdawać egzamin w swoim samochodzie i ze swoją przyczepą.

W Polsce z tego co wiem, podchodząc do BE masz znowu teorię i praktykę i godziny do wyjeżdżenia na kursie.

Miła niespodzianka i ułatwiająca koniarzom życie. Mając pełnoprawne B możesz "z miejsca" wziąć prawo tymczasowe na BE i niezależnie od nikogo pojechać na zawody.

Łatwość zdania egzaminu i siła nabywcza franka powoduje, że bardzo dużo koniarzy ma swoje przyczepy. Niemniej posiadanie przyczepy wiąże się z podatkiem, więc warto dobrze przemyśleć czy na pewno nam się to opłaca.

W Polsce czasem łatwiejszym rozwiązaniem jest kupienie koniowozu mieszczącego się w kategorii B niż egzaminowanie się na BE. Warto jednak uważać, bo koniowozy na B to najczęściej mocne przeróbki zwykłych samochodów z naczepą albo foodtrucków itp. i ich podleganie pod B jest czasem mocno naciągnięte.

System licencji jeździeckich w Szwajcarii.

/fnch.ch

Mój francuski pozwala już na całkiem zaawansowane zrozumienie tematyki, a niedługo w mojej stajni będą czterodniowe zawody. Myślałam, żeby w nich wystartować, ale przed zgłoszeniem (które należy wykonać miesiąc wcześniej) zapaliła mi się czerwona lampka (gdyż nie są to zawody "za stodołą") - co z papierami?

W związku z moimi najnowszymi odkryciami przedstawię Wam system licencji/uprawnień w Szwajcarii, ale na razie w teorii. Artykuł zostanie zaktualizowany jak przejdę niezbędne procedury (nie rychło) i wtedy dodam praktyczny punkt widzenia.

Aby wziąć udział w zawodach jeździec musi mieć Brevet fédéral d'equitation, inaczej zwany Brevet de Cavalier & de Meneur.

Szwajcarzy znani są z faktu, że na wszystko musisz mieć papier, a ten najbardziej wartościowy/podstawowy to właśnie Brevet fédéral. Występuje on w każdej dziedzinie: marketingu, księgowości, pielęgniarstwie... i jak się okazuje - także w jeździectwie. Dotychczas sądziłam, że posiadanie takiego dokumentu jest rzeczywiście wartościowe tutaj i potwierdza kompetencje i otwiera drzwi do pracy, ale w kontekście jeździectwa jest to nic innego jak odpowiednik... Brązowej odznaki jeździeckiej.

/https://www.fnch.ch/Htdocs/Files/v/6263.pdf/Lizenzen/liz_allgemeine_bestimmungen_f.pdf
 Powyższa tabelka nadal niewiele mi mówiła, ale już program egzaminu wyjaśnił wiele: 

W skrócie aby uzyskać owy Brevet w stylu klasycznym (można wybrać styl/dyscyplinę, która nas interesuje pod kątem egzaminu), należy umieć: wsiąść, zsiąść, przygotować konia do jazdy, zaprezentować umiejętność jazdy we wszystkich chodach, rodzajach dosiadu i różnych ustawieniach (długa wodza, robocze, ew. pośrednie), przejechać przez 3 cavaletti, przeskoczyć krzyżaka i okser o wysokości do 60cm, zrobić woltę w galopie i odpowiedzieć na pytania teoretyczne dotyczące koni i jeździectwa, w tym także umieć zaprezentować konia w ręku i pracować z koniem z ziemi (domniemam, że lonżować).

W związku z tym, jeżeli masz dokument zagraniczny będący równowartością tego, co w powyższej tabelce, bądź polskiego BOJ, to możesz poprosić o wystawienie szwajcarskiego ekwiwalentu, czyli Brevet. Nie wiem, czy polskie odznaki są uznawane w szwajcarskim systemie, a też wiele osób mi mówi, że Szwajcarzy niechętnie przepisują zagraniczne uprawnienia (choć bardziej w kontekście uprawnień zawodowych, a nie hobbystycznych). Wyjdzie w praniu, teoretycznie można.

To samo dotyczy licencji. Aby uzyskać licencję szwajcarską, należy:
1. jeśli masz obywatelstwo:
- zdać egzamin licencyjny w Szwajcarii, chyba że udowodnisz, że mieszkałeś za granicą dłużej niż rok, wtedy ewentualnie przepiszą Twoją licencję
2. jeśli masz inne obywatelstwo niż szwajcarskie:
- musisz przesłać do związku (FSSE) formularz ekwiwalencji dostępny na stronie związku ("Demande d’une licence en Suisse sans subir d’examen"),
- kopię swojej licencji
- zgodę swojego związku na przepisanie uprawnień (L'accord de sa federation)
- kopię permitu
- w przypadku studentów: kopię potwierdzenia bycia studentem w Szwajcarii
*i potwierdzenie opłaty proceduralnej (Szwajcarzy nie lubią mówić o pieniądzach, więc ten detal jest często pomijany, ale oczywisty. Kwoty pewnie trzeba wydzwonić, bo na stronie ciężko znaleźć.)

Jakie są rodzaje konkursów i licencji w Szwajcarii?
/https://www.fnch.ch/fr/Disciplines/Saut/Sport/Licences.html
Posiadając wyżej wspomniany Brevet można startować w konkursach oznaczonych jako B o wysokości przeszkód od 60-105cm.

Posiadając Licencję R (regionalną) można startować w konkursach oznaczonych jako R o wysokości od 100-135cm.

Posiadając licencję N (narodową) można startować w konkursach oznaczonych jako N o wysokości od 100-155cm.

W Polsce konkursy różnią się tylko wysokością, co powoduje, że doświadczeni jeźdźcy z młodymi końmi muszą się "przepychać łokciami" między słabszymi jeźdźcami. Za to młodym jeźdźcom daje to szansę konkurowania z doświadczonymi zawodnikami. Niemniej jest mniej sprawiedliwe i wywołujące czasem zamęt. Tu doświadczeni jeźdźcy mogą startować "treningowo" wśród osób w podobnej sytuacji. Szkoląc młodego konia wolisz jeździć wśród ludzi, którzy "ogarniają kuwetę" i którzy na pewno nadają się do startowania na danym poziomie, bo potrafią już racjonalnie ocenić sytuację. Ciekawe rozwiązanie.





Skoro Brevet jest jak BOJ, to czy mają też SOJ i ZOJ? Czyli trzystopniowy system odznak?

Tak, choć z innymi założeniami.
SOJ = Test d'argent CC. Długo zastanawiałam się o co chodzi z tymi "pieniędzmi", ale to synonim srebra ;) czyli nic innego jak Srebrna odznaka jeździecka. CC jest skrótem od Concours Complet czyli WKKW.

ZOJ = Test d'or. Czyli tu bez niespodzianek i jest równowartością licencji regionalnej R, czyli naszej III.

W Polsce brąz robisz żeby startować w zawodach licencyjnych (III), srebro żeby zrobić instruktora sportu i/lub II licencję (o ile się nie mylę), a złoto żeby się pochwalić (chyba ewentualnie liczy się do trenera jeśli się nie ma licencji). A każda kolejna odznaka to po prostu wyższy poziom trudności.

W Szwajcarii robisz Brevet żeby w ogóle startować w zawodach jakichkolwiek, Test d'argent żeby startować w WKKW powyżej klasy B1 (ale jeśli masz licencję w skokach, to nie musisz) i żeby móc zdać Test d'or. Niemniej licencje są niezależne od tych testów, poza Brevetem. "Odznaki" różnią się kompleksowością zagadnień. Test d'argent według opisu nie wydaje się być trudniejszy od Brevet, ale zawiera w sobie zagadnienia jazdy w terenie, skakania crossu i pierwszej pomocy.

Jeśli nie posiadasz zagranicznej licencji, jak uzyskać licencję R (regionalną) w Szwajcarii?
- zdać egzamin licencyjny, lub
- zdać Test d'or, lub
- przedstawić pisemne wyniki pozytywnie ukończonych zawodów z oceną stylu jeźdźca.

Jeśli nie posiadasz zagranicznej licencji, jak uzyskać licencję N (narodową) w Szwajcarii?
jeśli posiadasz licencję R od dwóch lat (w domyśle: możesz wziąć udział w konkursie licencyjnym - do potwierdzenia; albo po prostu zmieniają za "staż" ????), lub
- jeśli przedstawisz 5 wyników zawodów  >= R120 z klasyfikacją od 1-5 miejsca na przynajmniej 15 zawodników uzyskanych w ciągu ostatnich dwóch lat.

Jeśli chcemy startować na własnym koniu, to musimy go zarejestrować w FSSE (i dokonać odpowiedniej opłaty), a żeby wziąć udział w zawodach koń powinien być zaszczepiony nie wcześniej niż pół roku przed startem, ale nie trzeba szczepić co pół roku, tak jak w Polsce. Jeśli dogrzebię się bardziej szczegółowych zasad co do koni, to poświęcę im osobny artykuł.

Widząc te zasady wychodzi na to, że Szwajcaria jest dość liberalna (co potwierdza się także w kontekście formalności w urzędach czy podatków), bo aby uzyskać odpowiednie uprawnienia de facto trzeba udowodnić, że ma się kompetencje, a nie przemielić się przez drabinę biurokracji. Ma się opcje i różne okoliczności są brane pod uwagę. Z drugiej strony poddaje to w wątpliwość funkcjonowanie niektórych procedur (może zostały stworzone, żeby dopieścić FEI), dlatego muszę się jeszcze upewnić czy wymienione warunki do poszczególnych licencji to na pewno "lub" czy mieli na myśli "i". Brakuje zaimka, a zdanie wprowadzające jest "otwarte", czyli sugerujące różne możliwości. Ponadto wrzucenie w ten sam sposób sformatowanych i sformułowanych warunków dla obcokrajowców jako jeden z punktów także sugeruje "opcje".


Ciekawa jestem jak to wyjdzie w praktyce, niemniej niezależnie czy jest to kwestia przepisywania uprawnień czy zdobywania ich tutaj - wszystko rozgrywa się o pieniądze i czas...

Czy rasowe zwierzę to ludzka fanaberia?

/
Ludzie dzielą się na zwolenników i przeciwników zwierząt rasowych (z papierem). W Polsce dość popularne jest "anarchistyczne" podejście do wszelkiego rodzaju dokumentów, z jednej strony uwarunkowane historią i czasem wątpliwą wartością owych dokumentów - nadprodukcja magistrów, byle jakie kursy zawodowe bądź kompetencyjne, brak środków u osób doświadczonych na uzyskanie "papierów" bądź uwłaczający poziom formalności i zadań do wykonania aby te "papiery" uzyskać. Przyjęło się u nas, że sąsiad co od 20 lat robi stolarkę nie musi mieć papieru stolarza, bo "kto wie ten wie", że jest najlepszy na świecie. Niemniej takich złotych sąsiadów jest kilku, a wraz z ustawą deregulacyjną samozwańczych stolarzy, trenerów czy hodowców jest bez liku i znalezienie "tego właściwego" graniczy z cudem.

Odchodząc od tej przydługiej anegdoty: czy zwierzę, kot, pies, powinno być rasowe (z papierem) czy nie? Czy nie lepiej wziąć pupila ze schroniska albo dać dom przybłędom?

Ludzie, szczególnie w Polsce, bardzo lubią się dzielić. Zwolennicy adopcji będą "wieszać psy" na zwolennikach zwierząt rasowych i odwrotnie.

Moim zdaniem, biorąc odpowiedzialność za kolejne życie pod naszym dachem, powinniśmy robić to świadomie. Osobiście jestem zwolenniczką zwierząt rasowych. Nie ze względu na swoją burżuazję i fanaberie.

Zwierzęta rasowe, to zwierzęta z pewną gwarancją:
- gwarancją zachowania typowego dla rasy - masz większą pewność, że nabywając takie zwierzę i znając daną rasę, jego zachowanie i charakter będą pasowały do Twojego trybu życia, warunków lokalowych i będziesz gotowy na niektóre zjawiska;
- gwarancją zdrowia lub informacji o najczęstszych problemach zdrowotnych - dobra hodowla ma przebadane swoje zwierzęta rozpłodowe, a także wszystkie mioty i wystawia certyfikat zdrowia zwierzęcia wraz z wadami lub ich brakiem;
- gwarancją znanej i raczej pozytywnej historii zwierzęcia - certyfikowani/zrzeszeni hodowcy są pasjonatami, którzy wybitnie dbają o swoje zwierzęta. Masz pewność, że zwierzę nie miało problemów w przeszłości, a jak miało, to jakie, że było dobrze karmione i dobrze traktowane i swoim wyborem hodowcy wspierasz jego działalność i dobre praktyki.

Zwierzęta "rasowe", ale z "domowych" hodowli:
- różnie można trafić i raczej trzeba znać daną rodzinę, czy rzeczywiście właściwie z danym zwierzęciem postępuje: czy są jak certyfikowana hodowla, ale nie mają ambicji na konkursy, pokazy, wystawianie papierów itd., ale wszystko inne robią zgodnie ze sztuką. Jeśli nie, to choćby obdarzali zwierzęta ogromną troską i miłością, to nie masz już gwarancji czystości rasy, braku wad genetycznych, zdrowia... Wiesz tylko, że zwierzę nie zostało skrzywdzone...
- ponadto żadna certyfikowana hodowla nie udzieli "krycia" niecertyfikowanej hodowli, więc zwierzęta raczej rasowe nie będą, chyba że "dzikie" hodowle współpracują między sobą. Certyfikowana hodowla od razu pyta, czy zwierzę ma być do towarzystwa czy do hodowli, albo sama o tym decyduje widząc pokrój i badania danego zwierzęcia. Jeśli zwierzę jest przeznaczone do towarzystwa, w umowie k-s będziesz miał obowiązek kastracji.
* Znam również "hodowle", gdzie niechcący bądź celowo, kochające rodziny miały mioty swoich zwierząt i bardzo często miały one jakieś problemy wrodzone: np. wady serca, przez które kilkumiesięczny osobnik nagle umierał i inne bardziej lub mniej poważne. 

Zwierzęta "rasowe" z pseudohodowli:
- niby truizm, a wiele osób daje się naciąć na "atrakcyjną cenę". Sprawdzajcie proszę jak zwierzęta są hodowane, traktowane, w jakich są warunkach, kim są owi "hodowcy". Wiadomo, każde zwierzę zasługuje na naszą miłość, ale nabywając je z pseudohodowli wspieramy tego typu działalność, a samo zwierzę mogło cierpieć, być niedożywione, źle krzyżowane, mieć wiele wad, złe zdrowie itd.

Zwierzęta nierasowe:
- nie ma w nich nic złego poza tym, że są jedną wielką niespodzianką :). Ani nie wiemy czy będą duże, czy małe? Czy będą aktywne, czy leniwe? Czy będą miały tendencję do kopania, czy do wodowania? Czy będą zdrowe, czy chorowite? Czy nadają się do mieszkania, czy do ogródka? Schroniska pękają w szwach właśnie od takich kundelków, bo urósł i ... :(

Zwierzęta adopcyjne, ze schronisk:
- nie mam nic przeciwko adoptowaniu porzuconych sierściuchów, niemniej musimy do tego podejść rozważnie i świadomie: jest duża szansa, że zwierzę będzie potrzebowało behawiorysty, będzie miało lęki separacyjne, będzie stwarzało problemy, będzie wymagało ogromnej atencji i naszej obecności. Jeśli planujesz dziecko (okres ciąży i nowego domownika to szok dla zwierzęcia, tym większy jeśli z tego powodu zostało porzucone, a Ty nie będziesz mieć siły i czasu poświęcić mu dużo uwagi), dużo pracujesz, nie ma Cię ciągle w domu - nie bierz zwierzęcia ze schroniska. 

Reasumując - zwierzę rasowe, z dobrej hodowli, to czysta karta, którą wspólnie zapiszemy. Każde inne może być problemem. 

Kiedyś miałam wielkie serce, było mi szkoda wszystkich porzuconych lub źle traktowanych czworonogów, chciałam zaopiekować się każdym napotkanym, ale zauważyłam jak wiele mnie to kosztuje i jak bardzo czasami nie mam wpływu na to, co się wydarzy.
Za bardzo bolało mnie: oddawanie ucywilizowanego zwierzęcia do adopcji dalej (ze względu na sprzeciw rodziny do zatrzymywania zwierząt; np. oswojona z pola suczka, gdzie uciekła od właściciela po tym jak wyrzucił/zabił jej szczenięta i była bojaźliwa i agresywna wobec mężczyzn), rozstania ze zwierzętami, dla których nie mogłam nic zrobić (np. pies na łańcuchu, który według właściciela "ma sobie radzić sam", ale nie kwalifikował się do wezwania TOZ; koń, który uchodził za mordercę i dzikusa, a tak naprawdę potrzebował cierpliwej osoby, która się nim zajmie i u którego efekty mojej pracy zostały znieważone i koń poszedł na rzeź) i śmierci tych zwierząt (np. królik z dzikiej hodowli w złym sklepie zoologicznym chorujący na raka)...
Moje serce więcej takich historii nie zniesie, tym bardziej, że i moja osobista historia była niełatwa i dla własnego zdrowia i spokoju ducha wolę wybrać "łatwe" rozwiązanie o najmniejszym ryzyku komplikacji.

Każdy wybór będzie słuszny, ale nie stygmatyzujmy wyborów innych ludzi. Lepiej świadomie wziąć zwierzę rasowe niż nieświadomie ze schroniska. Lepiej świadomie wziąć ze schroniska niż nieświadomie z hodowli. Zwierzęta nie są robotami i same się sobą nie zajmą tak jak byśmy tego chcieli.

Każde serduszko pod Twoim dachem to pełna, Twoja odpowiedzialność.

 

Zakochany kundel, czyli bajki swoistym znakiem czasu.

/filmweb.pl
Jedna z kultowych bajek mojego dzieciństwa. Pamiętam jak spędzałam wakacje u Babci i zabrała mnie do kina na polską wersję tego filmu puszczoną w Feminie w latach 90'. Wtedy nie wiedziałam, czemu powiedziała, że będzie czekała na mnie przy wyjściu. Dziś wiem, że jej skromna emerytura pozwoliła jej, jak to prawdziwej "matce polce", na zapłacenie jedynie za mój bilet, gdyż później nie miałaby środków na życie. Ta (i oczywiście nie tylko ta) bajka bardzo wpłynęła na mój rozwój emocjonalny i zawsze będzie mi przypominać o Babci, która zawsze potrafiła wyjąć ostatnie 10 zł z portfela dla swoich wnuczek.

Z racji zapewne "moonday" bądź ostatniej premiery "Pięknej i bestii" i rozmów na francuskim o "Kopciuszku" i innych księżniczkach, dopadła mnie nieodparta chęć obejrzenia tego arcydzieła. Oczywiście, że ogromnie się wzruszyłam i przeżyłam ją znów jak dziecko.

Jest to jedna z najpiękniejszych i wybitnie szowinistycznych bajek Disneya, i pomimo własnych sentymentów zastanawiam się, na ile rzeczywiście nadaje się ona do pokazywania jej współczesnym dzieciom bez słowa komentarza? Nigdy nie byłam wybitnie feministyczną osobą, wręcz uważam że mój facet jest większym feministą niż ja. Może dlatego że dopóki nie przekroczyłam drugiego progu dziesiętnego swego życia, nigdy nie czułam się specjalnie dyskryminowana, niemniej z każdym rokiem dostrzegam coraz więcej problemów na tym tle oraz moja świadomość różnych zjawisk rośnie.

Pytanie mogłoby brzmieć, a jaką krzywdę zrobiła Tobie ta bajka? Trudno winić pojedynczą bajkę za cokolwiek. Nawet powiedziałabym, że bardziej ukształtowała mnie Manga niż Disney, gdyż lata 90' były swoistym czasem boomu Mangi na polskim rynku (jak i wielu innych zagranicznych i "egzotycznych" rzeczy). Ale jeśli zsumujemy wszystkie bajki o księżniczkach i rycerzach i nawet tego nieszczęsnego kundla, to możnaby je winić za pewne skrzywienie obecnie dorosłych pokoleń, które w pewnym sensie nie mogą się odnaleźć balansując na cienkiej linii między tradycją, a nowoczesnością i stając przed dylematami jakich nasi rodzice nie mieli, gdyż ich życie, szczęśliwe czy nie, było ustrukturyzowane.

Co mnie tak boli po obejrzeniu bajki jako dorosły (a może i dojrzały) człowiek?
Wiadomo, bajka została zekranizowana w 55', więc nie można jej wiele zarzucić biorąc poprawkę na epokę (możliwe, że jak na tamte czasy była nawet dość wywrotowa i nowoczesna), niemniej jeśli planujecie ją zaserwować swoim dzieciom (choć na dzieciach się nie znam, ale intuicja mi podpowiada, żeby bić w dzwon), wydaje mi się, że nie można jej pozostawić bez komentarza, gdyż dzieci wchłoną ją podświadomie jak gąbka. 

Bajka ta opowiada o:
- mezaliansie międzyklasowym (kundel i rasowa suczka)
- usłużnej, lojalnej, grzecznej, dobrze wychowanej, niezbyt inteligentnej panience z dobrego domu (Lady), dumnej ze swojego pochodzenia, szczęśliwej ze swojego losu jaki by nie był, rodzącej mnóstwo potomstwa,
- niekonformistycznym, wolnym mężczyźnie skaczącym z kwiatka na kwiatek (bo może, w przeciwieństwie do kobiety) i balansującym na granicy prawa (Kundel i jego mnóstwo panienek, z których nawet nie chce się tłumaczyć, bo przecież "one nic nie znaczą")
- innych "bezklasowych" psach przedstawionych jako brudne i głupie (choć z pewną mądrością życiową),
- tym, że panienka, która pozwoliła sobie na "wolność" (nie dostosowała się do narzucanych jej nowych, jeszcze bardziej krępujących zasad) jest zhańbiona (kończy na łańcuchu) i potrzebuje mężczyzny, który zdejmie z niej tę hańbę - poślubi ją jak najszybciej (oferta ożenku od psich sąsiadów).

Wnioski, które zakodują się w podświadomości, np. dziecka:
- jeśli jestem dziewczynką: 
* mam być grzeczna, posłuszna i moje życie zależy od mężczyzn i "władców" (starszyzny, rodziny);
* mam akceptować potencjalnego absztyfikanta z całym dobrodziejstwem inwentarza i nie oczekiwać, że będzie wiódł prawe życie przed ślubem (ja mam być cnotliwa, ale facet nie musi);
* facet ma być macho, bohaterem i źródłem rozrywki, a kobieta uległą strażniczką ogniska domowego dostosowującą się do faceta;
* jak już pojawi się "mój kundel", to jeśli ma inne kobiety, to dla mnie "na pewno się zmieni, bo będzie kochał i będę tą wyjątkową suczką".

- jeśli jestem chłopcem: 
* mogę być tym kim jestem i kim chcę być, jeśli będę wystarczająco sprytny to wszystko ujdzie mi płazem i miarą mojego męstwa będzie unikanie kłopotów, mimo niekoniecznie postępowania zgodnie z społecznymi oczekiwaniami;
* mam prawo do przygód;
* mogę mieć bez liku panienek, ale ta jedyna ma być cnotliwa i mieć cechy jak wyżej;
* miłość prowadzi do "więzienia" i rezygnacji z dotychczasowego życia - kundel dostał obrożę, a twierdził, że obroże, rodziny, dzieci i posiadanie "pana" i domu to głupota i zło. W efekcie uczuć "dał się zniewolić".

Jak to się przekłada na życie?
"Kobiety" (a raczej dziewczynki, skoro niedojrzałe emocjonalnie) w nieskończoność czekają na swojego macho, mają wyidealizowane pojęcie o mężczyznach, liczą że bzyknięcie w klubowej toalecie to już "ta miłość" i że "on się dla mnie zmieni". Dają się oszukiwać, zdradzać, ... bić. Czasem romantycznie czekają na tego jedynego nawet wraz ze swoją cnotą, a potem mają lęki separacyjne (albo nawet syndrom rodziny alkoholowej, mimo że nikt nie jest alkoholikiem), jeśli "ten jedyny" okazuje się kompletną porażką. Myślą, że jak będą dobrze gotować i prać skarpety, to będzie kochał na zawsze. A potem zupa była za słona, a alimenty ściąga komornik. Nie pozwalają sobie na "męskie" zachowania, wolność, szaleństwo, wtłaczają się w kobiece role, porzucają naukę bądź karierę "dla niego". Biorą ślub w kościele mimo że są ateistkami, bo rodzina chciała i bo sukienka ładna.

A "mężczyźni" (a raczej chłopcy) myślą, że im wszystko wolno i uprzedmiotowiają kobiety, a związek to największe zło, bo wtedy trzeba zamienić wolność na "obrożę" i dostosowanie się do rodziny. Przy takich poglądach ginie idea partnerstwa, samorealizacji w związku, a rodzina jawi się jako "koniec życia". Lepiej być wiecznym Piotrusiem Panem.

Ja jako dziecko bardzo przeżyłam tę bajkę, choć ciężko ocenić mi jej wpływ na moje życie, nomen omen ówcześnie idące dość krętą drogą. Podejrzewam, że moje dzieci jak ją zobaczą - także ją przeżyją. Zabranianie lub ograniczanie dzieciom dostępu do tego typu bajek (przy czym ta wcale drastyczna czy "chamska" nie jest) nie jest według mnie dobrym rozwiązaniem, ale mądre rodzicielstwo i rozmawianie z dzieckiem na bieżąco jest konieczne. W zależności od wieku i poziomu świadomości dziecka warto z nim tę bajkę na świeżo po obejrzeniu omówić. Na pewno większości bajek z dzieciństwa już nie pamiętamy, poza emocjami, i sadzanie dziecka przed pozornie "bezpieczną bajką" dla świętego spokoju i czasu dla siebie może się okazać relatywnym błędem.