Szukaj na tym blogu

More News

Biedne, maltretowane koniki...

/

Niedawno rozegrały się w Polsce Mistrzostwa Europy w WKKW. Niestety, jedna z polskich par miała dość niefortunny wypadek. O ile jeździec wyszedł z niego cało, o tyle koń doznał wieloodłamowego złamania przedniej nogi w pęcinie:
W wyniku nieszczęśliwego wypadku na krosie Mistrzostw Europy WKKW w Strzegomiu odszedł Bob the Builder, ubiegłoroczny Mistrz Polski WKKW Seniorów. Michał Knap wyszedł z wypadku cało.

Według oficjalnej informacji organizatora na odskoku przeszkody nr 15 koń złamał kość pęcinową prawej przedniej kończyny w sposób wieloodłamowy, który nie dawał możliwości stabilizacji nogi. Natychmiast udzielona została pomoc weterynaryjna, stan konia i zdjęcia rentgenowskie konsultowało trzech niezależnych chirurgów ortopedów. Ze względów humanitarnych konieczna była decyzja o uśpieniu konia.

Jest to ogromna strata dla całego polskiego WKKW. Składamy wyrazy szczerego współczucia i żalu zawodnikowi i jego rodzinie!

/Tekst ze strony Polish eventing team.
 I zaczęła się burza komentarzy. Jak zwykle, wiadomo. Hejterzy, laicy, "wszystkowiedzący" mieli najwięcej do powiedzenia. Przerażające jest według mnie to, że im więcej ktoś ma do powiedzenia w temacie tym mniejszą wiedzą i ogładą osobistą dysponuje. Wprost proporcjonalnie.

Ten tekst kieruję do wszystkich związanych bądź nie związanych z jeździectwem, aby mieli świadomość czym jest owe "maltretowanie" koni.

1. Koń od dawna nie jest zwierzęciem dziko żyjącym w naturze.
Wszelkie porównywanie sytuacji koni użytkowanych przez człowieka do koni dziko pasących się na stepie jest z założenia nie na miejscu. Warto czerpać inspiracje i wiedzę odkrywając jak to było w naturze w taki sposób aby zapewnić naszym czteronożnym podopiecznym jak najlepszy żywot, ale tak samo jak my nie wrócimy teraz do jaskini, tak samo ludzka ekspansja nie pozwala już, poza specjalistycznymi rezerwatami, na 100% naturalne utrzymywanie koni.

2. Koń istnieje, bo jest człowiekowi potrzebny.
Mnóstwo gatunków zwierząt wyginęło i ginie lawinowo każdego dnia. Koń jest zarówno przydatny użytkowo jak i w ramach przyjemności, hobby i rozrywki. Ponadto jest bardzo wdzięcznym i chętnie współpracującym stworzeniem. Jeśli wyeliminujemy jego atuty "użytkowe", ponieważ (nie)znawcy tematu uważają, że wszystko co z końmi się robi to maltretowanie, to hodowanie tych zwierząt straci sens i skalę.

3. Uśpienie konia JEST humanitarne. 
Najbardziej podobają mi się komentarze: "skoro człowiek żyje i ma się dobrze po złamaniu, to konia też trzeba poskładać". NIE! Oczywiście, dysponujemy już wysoko zaawansowaną technologią i wiedzą, ale nadal nie jest ona wystarczająca aby koń, nawet po "prostym złamaniu" nie cierpiał DO KOŃCA ŻYCIA!
Koń śpi na stojąco, koń 16h w ciągu dnia "żeruje", ma potrzebę nieustannego ruchu, nie ma wysokorozwiniętej dedukcji przyczynowo-skutkowej. W skrócie oznacza to, że już samo "złożenie" i usztywnienie owej nogi graniczy z cudem tak samo jak wytłumaczenie temu zwierzęciu powodowanemu bardzo silnymi instynktami, że ma teraz złamaną nóżkę i ma się nie ruszać, nie kłaść, nie stawać na tej nodze, nie skakać, nie kopać w boks, nie biegać, nie rzucać się na kolegę z boksu obok, który właśnie radośnie wrócił z padoku i wytłumaczenie mu, że on nie może iść na padok... etc. Najtrudniej mu wytłumaczyć, że skoro boli, to nie rób tego czy tamtego. Tym bardziej, że na pewno zostałyby mu podane bardzo silne leki przeciwbólowe i czułby się jak młody bóg... Bo przecież nie podanie takich leków, żeby był ostrożniejszy, też byłoby niehumanitarne, bo skazywałoby zwierzę na cierpienie... Zaklęte koło.

4. Złamanie u konia może być wyrokiem.
Nie wszystkie złamania nim są, ale większość niestety jest. Szczególnie te z przemieszczeniem i wieloodłamowe, w okolicy stawów i innych ruchomych części (jak w pęcinie).

Stacjonowałam z koniem w stajni, gdzie jeden z koni pensjonatowych miał złamaną łopatkę. Z plotek głównie dowiedziałam się, że koszt operacji i rekonwalescencji zamknął się w kwocie za którą możnaby kupić mieszkanie, koń przez wiele miesięcy o ile nie lat został skazany na stanie w boksie (jak najmniejszym, żeby jak najmniej się ruszał) oraz jak już będzie "dobrze" pozwolono mu na wychodzenie na mikro padok, na którym też nie ma szansy się ruszać, tylko co najwyżej podziwiać słońce. Ponadto, po pierwszej operacji połamał się znowu, jeszcze w klinice, wstając po operacji i o ile się nie mylę, po powrocie do pensjonatu połamał się trzeci raz - w tym samym miejscu i znów trafił do kliniki.

Leczenie złamań u konia, to skazywanie go na cierpienie, a siebie na niespłacalne długi, a nie humanitarność.


5. Czy sport wysokiego ryzyka powinien być zakazany?
Tu stajemy przed najtrudniejszym pytaniem. W sporcie, w każdej dyscyplinie, dochodzi do urazów i każdy jest obarczony ryzykiem. Ba! Nawet niewychodzenie z domu jest obarczone ryzykiem - można skręcić nogę pod prysznicem przecież...
Współczesne jeździectwo coraz bardziej jest wrażliwe na dobrostan zwierząt. Wiadomo, że koń nie podejmuje tego ryzyka dobrowolnie. Niemniej po latach doświadczeń w dyscyplinach jeździeckich mamy coraz więcej rozwiązań, które stawiają na pierwszym miejscu zwierzę, jego bezpieczeństwo i zdrowie.

6. Współczesny sport jest coraz bardziej niebezpieczny?
Bzdura! Tu, jak już w prawie każdym temacie, media i dostęp do informacji spowodował, że mamy takie wrażenie, bo częściej docierają do nas takie informacje. Jednak z tą częstotliwością - nic bardziej mylnego. Wypadków o przykrych konsekwencjach jest coraz mniej.
Historia sportu jeździeckiego na przestrzeni XIX i XX wieku pokazuje nam jak wiele się zmieniło i jak bardzo sporty jeździeckie stały się bezpieczne. W skokach np. wprowadzono bezpieczne kłódki w przeszkodach i ograniczenie wysokości, ponieważ zaczęło dochodzić do absurdu potężności przeszkód i dochodziło do wielu wypadków śmiertelnych zarówno koni jak i jeźdźców. Zawody przestały być wtedy rywalizacją sportową wymagającą kunsztu, techniki, sprawności, zaczęły przekraczać ludzkie i końskie możliwości i psuły hodowlę koni sportowych. Konie hodowano na siłę i "brak wrażliwości na ból i bodźce zewnętrzne". Od jeźdźców podświadomie wymagano nie umiejętności, a braku instynktu samozachowawczego (kamikadze). 
Obecnie, przeszkody są "niskie" i bezpieczniejsze, ale za to wymagające ogromnej wiedzy, doświadczenia i techniki, w zależności od klasy sportowej.
Ponadto, dawno dawno temu dopuszczano do zawodów "wszystkich śmiałków", dziś dzięki systemom klas i licencji zawodnicy (ludzcy i końscy) są selekcjonowani. Ostatnie, co moglibyśmy zarzucić jeźdźcowi na zawodach rangi mistrzostw Europy, to "przypadkowość". Na udział w takich zawodach pracuje się latami wraz z całą ekipą specjalistów (trochę jak w formule1 - za sukcesem jeźdźca i konia stoi również sztab luzaków, weterynarzy, fizjoterapeutów, trenerów, sponsorów itd.).

7. Konie sportowe/użytkowe są maltretowane?
Myślę, że czasem bardziej cierpią konie ludzi "rekreacyjnych", laików niż sportowe. Konie sportowe są w moich oczach dużo bardziej zadbane, a ich opiekunowie dużo bardziej świadomi wielu złożonych zagadnień z nimi związanych. 

Współczesny sport ma za zadanie rozwijać naturalny potencjał zwierzęcia i współpracę z jeźdźcem (oraz umiejętności i sprawność jeźdźca wraz z jego prawidłowym podejściem do zwierzęcia). Nawet w ujeżdżeniu na przestrzeni lat zrezygnowano z figur, które były "bezcelowe", które nie wnosiły nic do rozwoju fizycznego i psychicznego konia.

8. Konie użytkowane przez człowieka są nieszczęśliwe?

Koń chyba nie ma aż takiej możliwości abstrahowania i filozofowania o pojęciach znanych człowiekowi. Koń nie ma świadomości. Niemniej koń "maltretowany", "nieszczęśliwy", źle prowadzony - odmawia współpracy i popada w "narowy". Koń źle traktowany przez jeźdźca nie rozwija swojego potencjału. Jak koń nie chce skakać - nie skoczy. Koń zły na jeźdźca - zrzuci go. Koń "nieszczęśliwy" będzie miał "choroby sieroce" (tkanie, łykanie), które wpłyną też na jego zdrowie fizyczne i nie pozwolą mu na starty w zawodach na wysokim poziomie. Dobry opiekun wie, czy dane zwierzę lubi, to co się z nim robi i ma do tego potencjał, czy nie.


Dzisiejsze jeździectwo to nie jest cyrk, a ... gimnastyka. Dla widzów - możliwość podziwiania zwierzęcia w pełni swoich zdolności i jeźdźca, który osiągnął z nim doskonałe porozumienie.

Ludzie są (czasem) po prostu głupi... (i jak reanimować i zadbać o trawnik)

/
Sytuacja na powyższych zdjęciach spędzała mi sen z powiek. Głupi trawnik. W umowie na mieszkanie mamy wpisanego ogrodnika. W zeszłym roku grzecznie przychodził co tydzień/dwa i robił co ma do zrobienia. Ponadto, mimo że wychowałam się w domu z ogrodem, nigdy za wiele w nim nie robiłam, więc nie mam pojęcia jak się zajmować zielenią ani "nie mam ręki" do roślin.

TŁO
W tym roku pojawił się... raz. I to po moich kilkukrotnych skargach do agencji. (To żaden luksus, w Szwajcarii większość lokali jest zarządzana, a nie tylko pośrednicząca w wynajmie, przez agencje i  w sumie jest to bardzo fajny system, który chciałabym, żeby działał w Polsce: a) i agencja i lokator musi przestrzegać umowy, b) łatwiej się negocjuje odszkodowania za niedopatrzenia w ramach umowy, c) mieszkania są w większości w bardzo dobrym stanie, bo są rygorystyczne dość zasady najmu - niemniej nie ukrywam, że prawo też temu sprzyja. Chyba poświęcę na to osobny artykuł, bo oczywiście nie ma samych plusów.)

Po tym, jak się już łaskawie pojawił, obiecano mi, że już będzie przychodził regularnie, bo po prostu wg nich wtedy jeszcze nie skończył się sezon zimowy (bla, bla, sezon sezonem, a trawa już po kolana była). I nie pojawił się już nigdy, a ja z każdym centymetrem trawy dostawałam zawału serca. Dlaczego? Bo jestem kobietą, bo się przejmuje, bo łatwo przejmuję na siebie odpowiedzialność za różne rzeczy, bo jestem w obcym kraju i nie wiem czy dobrze dekoduję, to co ludzie mówią i na poziomie językowym i kulturowym, nie czytam jeszcze ludzi na tyle żeby mieć pewność co do ich intencji i nie wiem jak powinnam reagować, nie wiem co mi wolno, a czego nie, nie znam systemu w jakim kraj funkcjonuje itd.

Nie przyszedł nigdy więcej, a trawa uginała się pod własnym ciężarem. Powiedzielibyście - to dlaczego nie skosiliście jej sami? Bo a) skoro płacimy za ogrodnika w ramach umowy, to najpierw poproszę moje pieniądze z powrotem, b) jeśli mimo rozgraniczenia w umowie, że mieszkaniem zajmuje się lokator, a ogródkiem właściciel mieszkania, dotknę się ogródka, to mogę mieć potem problem. Właścicielka w końcu się pojawiła i poinformowała nas, że ogrodnik zginął w akcji i ona od teraz sama będzie się zajmowała tym ogródkiem; przy okazji mając chyba satysfakcję z łażenia nam po mieszkaniu, za to się potem dowiedziałam, że wg szwajcarskiego prawa właściciel nie ma prawa chodzić po mieszkaniu lokatora bez jego zgody. To był środek czerwca. Nasz trawnik mógł posłużyć już pod produkcję siana.

Zaczęły się nerwy i podejrzenia. Może stwierdzili, że skoro wynajmują Polakom, to będą nas robić w bambuko? Może oszczędzają na ogrodniku i specjalnie go nie umawiają żeby kosić więcej kasy, a nie trawy? Może kłamią z tą historyjką, że nie ma z nim kontaktu i nikt nic nie wie, no bo jak to tak nic nie wiedzieć o kimś w XXIw., szczególnie jeśli pracował z Tobą od kilku lat? Może stwierdzili, że wynajęli za za mało pieniędzy i będą chcieli nam podnieść umowę? Mając w pamięci wiele nieprzyjemnych i nielogicznych sytuacji z Polski staramy się uważać na każdym kroku, co też w wielu sytuacjach powoduje niepotrzebny lęk i frustracje.

Właścicielka tak zajęła się ogródkiem, że:
- zniszczyła poprzednią kosiarkę
- kosiła te kilka metrów 3 dni
- zniszczyła cały trawnik
- podlała bardziej sąsiadów niż trawnik, po koszeniu
- obiecała że przyjedzie znowu za dwa tygodnie i ... nie przyjechała
- stwierdziła, że jeśli ta trawa nie odrośnie, to trzeba będzie zerwać to co jest i zasiać nową (dopiero) na jesieni*
* nie wiem co oznacza dla niej na jesieni, bo jak mówi, że będzie o 11, to przyjeżdża o 13, a jak mówiła, że na jesieni przyjdzie przycinać drzewka, to przyszła w grudniu... Bardzo nieszwajcarska i turbo kobieca pod tym względem osoba.

PO SZWAJCARSKU - JAK DEKODOWAĆ SYTUACJĘ?
Po owych kilku tygodniach codziennego zastanawiania się co dalej, wymyślania teorii spiskowych i tłumaczenia się w pełni wstydu sąsiadom i gościom co się stało z ogródkiem (i te podejrzliwe spojrzenia...), poddałam się i zaproponowałam, żeby obniżyli nam czynsz i sami zajmiemy się trawą, ale TYLKO trawą, bo nie bierzemy odpowiedzialności za pozostałe rośliny. Prosiłam też o odszkodowanie z racji nie wywiązywania się z umowy i wstydu jaki nam zrobili na całą wioskę... Agencja rozłożyła ręce, bo powiedzieli, że to sprawa między nami a właścicielką.

Sukces połowiczny. Obniżyli nam czynsz w sezonie i zwrócą koszty materiałów ogrodniczych jeśli takie będą. Kwestia odszkodowania zaginęła w czasoprzestrzeni. To był kolejny martwiący i irytujący sygnał, ale przynajmniej nie musimy się już o nic prosić. Do dzieła.

Pojawił się za to problem umowy i rozliczeń. Z każdym telefonem czy sms-em z właścicielką była inna wersja - inna kwota i inna metoda rozliczenia, ale de facto nie otrzymałam NIGDY podsumowania naszych ustaleń pisemnie, a stanęło na tym, że będzie nam przywozić kasę do ręki w ramach zwrotu... No nie... Zadzwoniliśmy jak na alarm do naszego sąsiada, żeby nam poradził jak mamy rozumieć taka sytuację.

Sąsiad nas uspokoił, stwierdził, że to jest taka kwota, że nie ma o co kruszyć kopii, że w Szwajcarii "na słowo" działa bardzo dobrze, że skoro właścicielka jest dziwna i skomplikowana, a my mimo wszystko chcemy mieć z nią dobre relacje, to trzeba pozwolić jej być skomplikowaną tak aby mimo wszystko dopiąć swojego, że zmiana umowy w takiej sytuacji może kosztować więcej, ze względu na pośrednictwo agencji, że nie będzie to miało większego sensu i trzebaby zaakceptować rozwiązanie, które zaproponowała. W najgorszym wypadku możemy jej wysłać pismo listem poleconym, że zgodnie z ustaleniami z dnia xx oświadczamy xx potwierdzamy xx. Powiedział jednak też, że jak tu jeszcze mieszkała, to miał z nią parę nieprzyjemnych sytuacji, więc to nie jest tylko tak, że my sobie coś ubzduraliśmy.

Po naszej walce o reanimację trawnika i spostrzeżeniach domowych stwierdziliśmy, że owa właścicielka nie ma złej woli, nie stoi za tym ŻADNA teoria spiskowa, a jest po prostu BARDZO GŁUPIA.

Okazało się, że:
- popsuła poprzednią kosiarkę, bo to nie była kosiarka, tylko trymer do niskiej trawy;
- kupiła kosiarkę, do której nie przeczytała instrukcji (chociaż nie trzeba tego robić, bo najważniejsze rzeczy są napisane na kosiarce) i też prawie ją popsuła, bo:
* wlała mieszankę do kosiarek zamiast zwykłe paliwo i silnik kopcił i się krztusił
* nie umiała wyregulować wysokości i skosiła trawę do samej ziemi miejscami ją "wykopując"
* jak zapełnił jej się kosz na trawę to chyba tego nie zauważyła i go nie opróżniła tylko jechała dalej i zostawiła skoszoną trawę na trawniku (pomijając że kosiarka też się zatrzymywała, bo nie mogła dobrze mielić będąc zapchaną)
- nie zgrabiła resztek trawy z trawnika zakrywając nowej trawie w okresie turboupałów zarówno dostęp do słońca jak i do wody i kisząc ją...
- skosiła w największy upał w samo południe
- podlała w największy upał w samo południe - "sparzyła" trawę

Ponadto, jak poprzepalały nam się żarówki RAZEM z lampami, zauważyliśmy, że wszystkie żarówki są niedopasowane mocą do lamp, do tego stopnia, że zjarały się kable...

W przeciwieństwie do jej zaleceń zdecydowaliśmy się przepielić ogródek tam gdzie trawa nie odrosła bądź odrosły tylko chwasty i dosiać nową trawę mimo upałów i braku sezonu na tę operację jednocześnie podlewając trawę 3 razy dziennie. Miesiąc i 4 opakowania trawy i pół worka tarditu później (które starczyłyby na 4 takie ogródki, a nie dosiewanie), mimo ptaków wyżerających nasionka i skwaru - udało się. Trawnik wrócił do swojej wiosennej formy. Uff... Jeszcze tylko ta czarna kończyna... I bluszcz i powój, które właścicielka także chciała wycinać dopiero na jesieni, tylko rosły w takiej ilości, że do jesieni większość roślin nim przykryta by umarła... ach, tego nie było w umowie, że mam cały ogród ogarniać, niech ją...

Jak można być tak głupim... ?!
________________________________________________________________
Ogółem Szwajcarzy są dziwni i trzeba w tym kraju włączyć na luz.
Gdy przyjeżdżasz do salonu samochodowego 10 minut przed zamknięciem nie jesteś traktowany jak potencjalny klient, tylko natręt i jesteś od razu informowany, że już zamykają.
W trakcie kupna samochodu Twój konsultant/sprzedawca jedzie na urlop i z tego powodu oddaje Ci auto tydzień później, bo nie zdążył zrobić przeglądu i nie chce oddać sprawy koledze z pracy sypiąc jednocześnie niewybrednymi komentarzami w Twoją stronę.
Zapomnij, żeby jakakolwiek firma była otwarta w godzinach lunchu.
Nie licz na to, że zjesz obiad między godziną lunchu, a kolacją w restauracji.
Wiele rzeczy odbywa się tu po prostu inaczej...

Jak sprowadzić samochód do Szwajcarii? (i jak pozbyć się auta na obcych tablicach ze Szwajcarii)

/pexels

Przeprowadzasz się do Szwajcarii i nie wiesz, co zrobić ze swoim samochodem?
Mieszkasz w Szwajcarii i zastanawiasz się, czy nie opłaca się kupić auta za granicą?

Na podstawie swojego doświadczenia i oficjalnych informacji, chcę wyjaśnić jak wygląda import samochodu do Szwajcarii.

Przeprowadzając się do tej górzystej krainy, wpadłam na to, żeby wyeksportować swojego konia, ale nie wpadłam na to, żeby wyeksportować samochód. Wyszłam z założenia, że może jeżdżę złomem, ale jeżdżę i na pierwszy rok, który jest usiany strasznymi kosztami przeprowadzki, podatków itp. nam posłuży. Zgłosiłam owe auto jako mienie przesiedleńcze na granicy i tyle.

Niestety, auto się sypie, a ja nie wpadłam na to, że przeglądy techniczne są tu hiper rygorystyczne i zamiast naprawiać bombowca (tak mnie przezywano w pracy: "o, jedzie kierowca bombowca"), lepiej kupić nowe/nowe stare z podbitym przeglądem. Pojawił się problem - co zrobić z chevrari?

Co można zrobić ze starym autem, które z dużą pewnością nie przejdzie szwajcarskiego przeglądu?
- próbować sprzedać pasjonatowi (wish you luck)
- zezłomować - koszt około 400chf
- mając papier eksportowy - sprzedać handlarzowi na daleki wschód bądź Afrykę...

Najzabawniejsze jest to, że w Polsce bez większego wysiłku miałabym podbity przegląd na kolejny rok, a tu doradzają wysłanie auta w podróż życia ;). To tylko dodatkowo unaocznia genialną sytuację polskiego rynku.

Papier eksportowy - słowo klucz. Oczywiście nie wpadłam na to, że będzie mi potrzebny, więc go nie miałam. Co się robi w takim przypadku?

Jak zwykle niezawodny Sadmax odprawił mi auto wstecznie za pomocą skanów dokumentów, oświadczeń i upoważnień. Uff! Nadal kosztowało to taniej niż złomowanie.

Jak postępować w ramach przeprowadzki z samochodem?

1. Należy zgłaszać samochód i wszelkie rzeczy nas dotyczące w ramach przeprowadzki jako mienie przesiedleńcze. O dziwo, spotkałam osoby, które tego nie zrobiły i miały potem lekkie problemy, albo jeszcze nie wiedziały, że je mają ;). Mienie przesiedleńcze można zgłaszać kilka razy, ale dopóki nie jest to "ostatni transport", to jako "częściowe" albo "połowiczne".
Brak takiego zgłoszenia wobec samochodu, to:
- kara,
- problem z rejestracją w CH,
- problem ze sprzedażą, utylizacją itd.

2. Maksymalnie w 12 miesięcy od zgłoszenia auta lub naszego pobytu w Szwajcarii (uwzględnionego w permicie) należy przerejestrować samochód na Szwajcarię (i wymienić prawo jazdy na szwajcarskie).

3. Jeśli auto nie jest pierwszej świeżości polecam od razu zrobić mu papier eksportowy, będąc jeszcze w Polsce.

Kiedy import bez cła/akcyzy jest możliwy?
- musisz posiadać auto dłużej niż 6 miesięcy
- nie możesz go sprzedać przez kolejne 12 miesięcy (VAT)

Auto nie jest traktowane jako Twoja własność jeśli posiadasz je krócej niż 6 miesięcy.
Po zgłoszeniu go na granicy musisz opłacić:
- cło (jeśli pochodzi z kraju UE to nie dotyczy)
- akcyzę - 4%
- VAT - 7,6%
- opłatę administracyjną
- zarejestrować je już po miesiącu od przekroczenia granicy
źródło: https://en.comparis.ch/umzug-schweiz/info/glossar/einfuhr-zulassung-fahrzeug

I w rejestracji tak naprawdę jest największy problem. Dość często zdarza się, że samochody kupowane poza granicami Szwajcarii (nowe!) nie spełniają tutejszych norm technicznych i możliwość rejestracji jest im odmawiana. Np. volkswagenowi po aferze z dieslem!

Import auta, jeśli nie jest to faktycznie Twoje auto od dawna, nie jest opłacalny. Jest to jedna z niezawodnych metod Szwajcarii na ochronę swojego rynku wewnętrznego.

Ceny aut w Szwajcarii zarówno w komisach jak i u dealerów niespecjalnie się różnią od cen w innych krajach Unii, za to masz gwarancję, że auto jest zadbane i jest duże prawdopodobieństwo, że ma mało kilometrów na liczniku, bo ten kraj jest mały i lepiej unikać transportu samochodowego kiedy tylko się da ;). Ponadto każdy szanujący się komis daje roczną gwarancję na sprzedawany przez siebie samochód. O zakupie auta w Szwajcarii napiszę niedługo.

_________________________________________________
EDIT - sprostowanie
Dzięki bardzo ciekawym komentarzom i rozmowom jakie się wywiązały przy okazji powyższego artykułu muszę przyznać, że byłam mocno niedoinformowana - import samochodów zza granicy za śmieszne pieniądze to realny biznes w Szwajcarii. Jeżeli uda mi się rozgryźć dlaczego - na pewno o tym napiszę.
Wiadomo, już sama różnica w VAT robi dużą różnicę, ale o dziwo, właśnie przez VAT nowe auta w Szwajcarii są tańsze bądź w tej samej cenie jak w Polsce... Prawdopodobnie osoby, z którymi rozmawiałam wcześniej, czyli m.in. moi sąsiedzi, porównywali ceny u dealerów, dlatego nie widzieli w tej operacji większego sensu - tak jak i ja.

Dlaczego odpowiedź na to pytanie nie jest prosta? Bo tu nie chodzi o 1 000 euro różnicy na granicy Szwajcaria - Niemcy. Paparentaladvisory zwrócił mi uwagę na swój przypadek, gdzie przy pewnej japońskiej marce, sprowadzenie nowego auta centralnie z Japonii kosztowało dobre kilka tysięcy mniej niż nowe auto w CH, co nie mieści mi się w głowie.

Najczęściej operacje jak wyżej są przeprowadzane przez wyspecjalizowane w tym firmy. Jeżeli macie jakiś wymarzony samochód i szukacie prawdziwej okazji - trzebaby taką firmę znaleźć. Często ogłaszają się na portalach samochodowych.

Posiłki w szpitalach, Polska vs. zagranica



Poniższe przemyślenia nie dotyczą moich własnych doświadczeń, a obserwacji tego o czym się dyskutuje w kontekście szpitali. Ten wpis zainspirowała Mamaginekolog, udostępniając zdjęcie przesłane przez jedną ze swoich czytelniczek z Belgii.

Wiadomo też, że każdy pacjent będzie miał inne zalecenia dotyczące wyżywienia, niemniej w Polsce takowe są brane pod uwagę tylko jeśli pacjenta trzeba zagłodzić do granicy przeżywalności.

Poniżej zestawienie zdjęć posiłków szpitalnych oferowanych kobietom po porodzie (czyli po prawie ponadludzkim wysiłku dla organizmu, które intensywnie się goi i ma za zadanie wrócić do normalności) i KARMIĄCYCH, czyli żywiących dwa organizmy, a nie jeden i muszących spożytkować energię i wykorzystać różnorodne związki ze swojego organizmu do wyprodukowania pokarmu.  

A podobno Polska przeżywa teraz cud gospodarczy... Polecam też zajrzenie na profil "Posiłki w szpitalach".

(Zdjęcia wykorzystane z komentarzy pod tym postem, jeśli ktoś nie życzy sobie umieszczania jego zdjęcia tutaj, proszę o kontakt. Nie podpisuję zdjęć z racji szacunku dla czyjejś prywatności, mimo że są one podpisane nazwami profili na facebooku.)

 
/


/


Szwajcaria należy do przykładu zachodnich krajów, tym bardziej, że cały system opieki zdrowotnej to system prywatny, kontrolowany przez Państwo. To, czy poza naszym ubezpieczeniem będziemy dopłacać do opieki szpitalnej czy nie, zależy od umowy jaką podpiszemy, niemniej wszędzie warunki są w wysokim standardzie, a różnica w ubezpieczeniu podstawowym ogranicza się przede wszystkim do ilości osób w pokoju i możliwości wyboru szpitala.

Co do samej jakości wyżywienia, mam wrażenie, że kraje dzielą się na te z kulturą jedzenia i kulturą "wpierd* byle czego". Kraje basenu śródziemnomorskiego, bądź zachodnie można nazwać krajami z kulturą jedzenia, gdzie nie ma większego grzechu niż byle jakie jedzenie. Kraje anglosaskie, Niemcy, wyznaczają już niewidzialną granicę, o dziwo geograficzną, krajów drugiej grupy, niemniej razem ze Skandynawią są na tyle wysoko rozwinięte, że przeważa u nich rozum i rozwój - czyli nowoczesne myślenie (witaminy, energia, różnorodność, etc). Polska niestety jest krajem gdzie nie ma kultury jedzenia poza oszczędzaniem (nie wyrzucaj spleśniałego chleba, bo to nadal chleb), więc poszukując możliwości ratowania budżetu szpitala bez zająknięcia, mimo że przeczy to wiedzy medycznej, obcina na posiłkach uzasadniając to mitami. Myślę też, że gdybyśmy nie byli tak rodzinni, że rodzinka przynosi, to skuteczniej walczylibyśmy o swoje prawa (mając pomocników często siedzimy cicho, bo sobie poradziliśmy). 

Co kraj to obyczaj.

Bananowo-orzechowe, domowe latte macchiato

/

Jak na CHPD przystało kończył mi się termin ważności mojego eko bio mleka (zrobiła się też już na nim śmietana, co mnie zdziwiło, bo sklepowe mleka to nigdy nie są takie stopro), więc trzeba było coś wymyślić. Najczęściej takie spontany kończą się najlepiej <3.

4 duże porcje
* 1l mleka
* 3 banany
* łyżka masła orzechowego
* cukier waniliowy (jedna saszetka)
* espresso (1 na 1 porcję)

Podgrzewamy mleko w garnku do momentu aż będzie gorące, ale jeszcze bez kożucha.
Przelewamy do blendera (lub innego urządzenia, które zrobi nam z tej mieszanki gładką masę).
Wrzucamy 3 banany, masło orzechowe i cukier. Miksujemy aż się dobrze spieni :)

Przelewamy do szklanek/kubków i wlewamy espresso :). Niebo w gębie!

W poszukiwaniu prawdy o życiu, ludziach i świecie - Tomek Michniewicz, "Świat równoległy"

/
Z cyklu przerzucania starych postów na nowego bloga - wiecznie aktualny zachwyt nad PRAWDZIWYM podróżnikiem, który naprawdę ma coś sensownego i opartego na faktach do powiedzenia. Recenzja z dnia 8.02.2016.
_______________________________________________________



Niedawno wpadła mi w ręce książka Tomka Michniewicza, "Świat równoległy". Nie jestem pewna jak to się stało, może uległam któremuś z wywiadów promujących jego książkę.

Jako kulturoznawca - orientalistka, w końcu mogę z czystym sumieniem i lekkim sercem, zdecydowanie polecić dzieło popełnione przez reportera/podróżnika. Książka ta zachwyciła mnie, nie jako dzieło literackie, ale jako do krwi prawdziwy, dotykający podstaw funkcjonowania systemów i społeczeństw, a także zahaczający o filozofię, zbiór dziennikowo-reportażowy zagadnień, które są "czarno-białe" tylko dla ignorantów.

"Świat równoległy" jest napisany bardzo przystępnym językiem. O tyle o ile nie mogę wymagać, aby program moich studiów został włączony do programu kształcenia licealnego (a powinien, bo bardzo otwiera umysł), o tyle każdemu laikowi zagadnień poza europejskich i każdemu stroniącemu od papieru w ilości większej niż kilka kartek, gorąco polecam tę książkę. Te trzysta parę stron chłonie się "w sekundę", choć warto się w paru miejscach zatrzymać, bo autor nie daje nam odpowiedzi na poruszone dylematy. Odpowiedzi te powinniśmy znaleźć sami, ale niezależnie od życiowego i podróżniczego doświadczenia - wszyscy będziemy relatywnie zagubieni. Opowieści zawarte w tej publikacji pozwolą nam nieśmiało zajrzeć za drugą stronę lustra, a przynajmniej sprawią takie wrażenie. W dzisiejszych czasach prawda to wybitnie abstrakcyjne, a może i utopijne pojęcie. Nie dlatego, że autor cokolwiek ukrywa (a może i przemilczał ;) ) ale dlatego, że jest zależna od zbyt wielu czynników, w tym nas samych.

Trudno jest napisać klarowną recenzję tej książki, ponieważ pozostawia zbyt wiele znaków zapytania i zbyt wiele względności do rozważenia. Działa też jak emocjonalna bomba atomowa, wywołuje wybuchy, wiele po sobie zostawia w sercach i umysłach i już nie da się tak samo patrzeć na świat (żyć) po wchłonięciu jej treści. Wiadomo, konformizm i oportunizm zawsze weźmie górę, jednak to co przeczytasz nie da Ci spokoju, co początkowo bywa niepokojące i frustrujące, a na dłuższą metę jest bardzo budujące. Niewiele było w tej książce rzeczy, które były dla mnie nowe, ale na nowo obudziła ona moją duszę i świadomość, którą na co dzień siłą rzeczy się tłamsi, aby łatwiej żyć. Nieświadomość też jest sposobem na życie, tylko czy słusznym (a na pewno nieświadomym) ?

Inni podróżnicy, jak np. Cejrowski, zdążyli się w moich oczach srogo skompromitować, jak np. w programie o buddyzmie i wszelkich jego wzmiankach o Azji, podsycających chorą, orientalistyczno-mityzującą fascynację wschodem, mocno mijającą się z sednem niektórych zjawisk, zbyt subiektywno-katolicką jak na tak znaną i szanowaną osobę, która robiąc to co robi, powinna zdawać sobie sprawę z impactu jaki wywiera na odbiorcach i przedłożyć misję i etykę ponad subiektywny "show" którym traci zaufanie osób, które jednak mogą coś na dany temat wiedzieć. Show dla mas. Podróżniczy McDonald.

Martyna Wojciechowska za to przedstawia niszowe zjawiska, które są bardzo ciekawe, niestety zbyt często słyszę u ludzi "bo ja widziałem/-am u Martyny ... i to było takie straszne i jak te dzikusy i brudasy tak mogą...". Skoro porównuję gastronomicznie poziom "reportażowych usług" - coś między Aioli, a hipsterską knajpką typu no name.

Tomek w swojej książce stara się maksymalnie odciąć od subiektywizmu (mimo że nie jest to bezwzględnie możliwe), patrzy na wiele zjawisk zarówno w mikro jak i makro skali, a tym co mierzi go najbardziej to nie to, "co te niebiałe małpy wyczyniają lub myślą", tylko to, że jego wrażliwość emocjonalna jednocześnie nie pozwala mu na bycie niezaangażowanym reporterem i obsesyjnie wręcz napędza do poszukiwania podstawowych prawd, z którymi od wieków mierzą się filozofowie... i zwykli ludzie. Ta niespokojna dusza wywołuje niebywałą kreatywność i chęć działania, przyspiesza bicie serca i napędza życie, ale może być też autodestrukcyjna. Jednakże autor zdaje się być dość głęboko świadomą istotą i nie ma w tym wszystkim co robi, pisze, żadnego zgrzytu ani potencjalnie alarmujących kwestii.

Esencją tej książki może być następujący cytat (najbardziej mnie poruszył; choć cytat z Bułhakowa na początku książki również oddaje jej wydźwięk):

"W którym momencie Europa przestała poszukiwać? Gdzie zgubiliśmy ten pierwiastek najbardziej potrzebny człowiekowi, by być istotą ludzką? Zapomnieliśmy o nim w biegu po grafen i kartę kredytową. Ci, którzy mieli nam o nim przypominać, sami się pogubili. Ważniejsze okazały się maybachy, mercedesy, ozdobne ornaty i watykańskie pałace. Każde wybory to festiwal nienawiści do drugiego człowieka, inności, różnic. Jak wielu innych, wyłączam telewizor. Weszliśmy chyba w epokę rozczarowania.
Świat stoi na głowie. W Ameryce telewizyjni kaznodzieje zbijają fortunę na sprzedaży magicznej wody leczniczej. W Birmie buddyjscy terroryści podkładają bomby. Na Bliskim Wschodzie nie da się odróżnić religii od polityki. Czy jest gdzieś miejsce, gdzie dusza jest nadal duszą? "

Jak zdefiniujesz: strach, siłę, honor, system, dom, rezerwat, ryzyko, świętość, poszukiwania, po przeczytaniu o Pakistanie, polskich siłach specjalnych, najostrzejszym więzieniu w USA, gettach XXI w., atrakcjach turystycznych, proximity flyers, czy szalonym młodzieńczym podróżowaniu będącym de facto ucieczką od życiowego przytłoczenia?

Brzmi błacho? Brzmi gwiazdorsko w poszukiwaniu sensacji? Tak nie jest, a głębia treści jaką autor ma do przekazania i koloryt opisywanych zjawisk sprawia, że "Świat równoległy", to Twoja lektura obowiązkowa, dla każdego.

Czytałeś? Podziel się swoimi wrażeniami!

Udany związek to nie kwestia kompromisów - w tym apel do tkwiących "w bagnie"




Z racji, że postanowiłam usunąć swojego poprzedniego bloga, co lepsze (uniwersalne i ponadczasowe) teksty przerzucam tutaj. Tamten blog z założenia miał być blogiem branżowym, ale zrobił się na nim taki chaos moich niespokojnych myśli, że lepiej było go ukatrupić niż reanimować.
Poniższy tekst datuje się na 9.12.2015, enjoy!
___________________________________________________
Wiele kobiet nie zdaje sobie sprawy ze swojej sytuacji (poświęcając zbyt wiele dla związku lub drugiej osoby), a mężczyźni hołdują swojemu ego i lenistwu (bo jest zupa i pranie i mam gdzie wracać, co z tego, że to "gdzie" nas nie satysfakcjonuje, ważne że w ogóle jest). A potem dziwią nas zdrady, konflikty, samotność w związku, bycie nieszczęśliwym w życiu albo że coś się "nagle" rozpada.

Na szczęście w nieszczęściu upublicznianych jest coraz więcej prac naukowych, które pomagają otworzyć oczy i przebudzić naszą świadomość.

Spójrzcie proszę na swoje życie i doświadczenia.
"Nie ma zmiłuj. Większość związków, w które wchodzimy, rozpada się i w zasadzie pozostaje tylko kwestia kiedy ma to nastąpić. Trzymając się statystyk – zwykle następuje zbyt późno. Przynajmniej dla jednej ze stron." Jason Hunt
Jak często sterują Wami złudzenia:

--UŁUDA: NIE MA IDEAŁÓW, a ten jest przynajmniej mój (lepsze to co znamy niż to, czego nie znamy)
-"to i to jest źle, ale nadrabia tym i tym"
(drastyczny przykład: pije i bije, ale przeprasza i daje kwiaty albo bardziej płytkie: nie pozwala mi spotykać się ze znajomymi i doprowadza mnie codziennie do płaczu, ale jest taki przystojny/piękna i "tak bardzo mnie kocha"...)

--UŁUDA: STABILNOŚĆ
-"daje mi poczucie stabilności"
(niestety najczęściej okupione poświęcaniem własnego ja, np.: "bo jest taki poważny/-a, dojrzały/-a, myśli o wspólnej przyszłości..." albo gorzej "jest ze mną już tyle czasu, to coś znaczy...", a Ty stajesz się nim/nią, nie będąc sobą w tym związku i realizujesz jego/jej plan lub jesteś dodatkiem do jego garnituru/jej sukni, a w nocy najchętniej odwracacie się do siebie tyłkami, o ile jeszcze w ogóle śpicie razem albo zamiast seksu ślepicie w swoje smartitems, modląc się żeby żadne czegoś od siebie nie chciało)

--UŁUDA: UCZUCIA
- "wkurwia mnie, ale mnie kocha"
(skąd wiesz, że on/ona Cię kocha, że to jest miłość i w takim razie czy Ty go kochasz? Czy tylko łudzisz się, że lepiej być z kimś niż samemu? Jeśli w Twoich odczuciach przeważają negatywne emocje, a już nie daj boże doszłaś/doszedłeś do fazy publicznej eskalacji problemów, to nawet jeśli ta miłość istniała - wypaliła się dawno i tańczycie na jej zgliszczach)

Wszyscy w dzisiejszym zagonionym i niestabilnym świecie próbujemy się na siłę odnaleźć wiedzeni wpojonymi przekonaniami, wyssanymi z mlekiem matki wzorcami, duplikowanymi schematami kulturowo-społecznymi, sprowadzani na manowce bardziej lub mniej uświadomionymi problemami psychicznymi (a prawda poniekąd jest taka, że zdecydowana większość, o ile nie wszyscy, mamy jakiś problem. Happy end jest tylko wtedy, gdy wykorzystujemy ten problem konstruktywnie i wyciągamy wnioski z naszych doświadczeń, co chyba jest rzadkością).

Pamiętaj, że nie stworzysz zdrowej relacji z drugim człowiekiem, nawet jeśli będzie ideałem, jeżeli nie przepracujesz sam/-a ze sobą Twoich relacji rodzinnych i doświadczeń z poprzednich związków ani tego kim jesteś i czego chcesz.


"Szczęśliwy w związku z drugą osobą może być tylko ten, kto jest szczęśliwy sam ze sobą."

To nie jest mit, że kobiety szukają mężczyzn jak swoi ojcowie, a mężczyźni szukają kobiet jak swoje matki. Nawet jeśli wydaje Ci się, że Twój rodzic to ktoś, kogo nienawidzisz i nie chcesz mieć z takim typem nic wspólnego, end of the day lądujesz w łóżku z osobą, która reprezentuje jakieś cechy Twojej najbliższej rodziny.

Ponadto szukanie w drugiej osobie tego, czego sami w sobie nie mamy, prowadzi do dewaluacji własnego ja i życia czyimś życiem, co w zdecydowanej większości przypadków dla przynajmniej jednej ze stron kończy się autodestrukcyjnie.

A sekret udanego związku leży na wskroś ogólnie przyjętej zasadzie kompromisu.

Będziesz szczęśliwy, a związek przetrwa, tylko wtedy, gdy Twój partner jest bardzo podobny do Ciebie.
Nie oznacza to, że macie spędzać ze sobą 24h i robić i myśleć tak samo. Np. będąc koniarą nie chciałabym mieć faceta koniarza, bo bym go zagryzła albo on mnie! To, że ktoś ma to samo hobby wcale nie gwarantuje zgodnego życia. Za to można znaleźć kogoś, kto też będzie miał jakieś hobby, swoje, swój świat, a jednocześnie nie będzie wchodził z butami w Twój, a będziecie się wzajemnie wspierać. Pozytywna motywacja do rozwoju nie musi być związana z robieniem tych samych rzeczy, a leży raczej we wzajemnym zrozumieniu się i wspieraniu, przeważającym ewentualne pretensje.
Bardziej chodzi o zgodność charakterologiczną, mentalną, intelektualną.

Bez kompromisów! Im więcej musisz poświęcać dla drugiej osoby, zmieniać, im częściej musisz rezygnować z siebie, tego co chcesz, swoich aspiracji, tym więcej frustracji w takim związku. Ta gra nie rozgrywa się o osławioną nudę czy "przeciwieństwa się przyciągają". Oczywiście, że się przyciągają, ale na chwilę, a w stałym związku chcemy być w najlepszym wypadku z lepszą wersją nas samych, bo to jest gra o ŚWIĘTY SPOKÓJ i rozwój. Niby konflikty, ścieranie się motywuje do działania i zmiany, "broni przed nudą". Ale jak to z ogniem bywa: wypala związek i ewentualnie masz szansę na wprowadzenie zmian wynikłych z tych konfliktów dopiero z inną osobą, jeśli w ogóle.
Zgoda buduje, niezgoda rujnuje.
Będąc podobni do siebie, uzupełniamy się i motywujemy do pozytywnej zmiany.
Oczywiście, powinniśmy się uzupełniać z partnerem i raczej wybrać takiego, który reprezentuje te cechy, które w sobie lubimy, uważamy za wartościowe, a nie te, które są naszą ciemniejszą stroną. Często niestety zdarza się, że jesteśmy z tą gorszą wersją siebie, aby gdzieś podświadomie czuć się lepiej, że ktoś też tak ma, żyć ułudą wzajemnego zrozumienia swoich wad i złego położenia, a i że jesteśmy może nawet lepsi. To niestety prowadzi do toksycznych związków.

Przeprowadź test swojego związku, a odpowiedzi w nim dadzą Ci odpowiedź, czy to w czym tkwisz w ogóle ma sens (włącz racjonalność na tę chwilę, odsuń uczucia, które mogą być sterowane np. twoimi podświadomymi problemami) :

1. Myśląc o drugiej osobie masz wrażenie lekkości i unoszenia, czy ciężaru, ciągnięcia w dół?

(Analizując wszystkie moje poprzednie związki - wszyscy moi partnerzy byli "uwieszeni na mnie". Wampiry/pasożyty energetyczne i życiowe. Wszystkie są przeszłością.)

2. Wspominając Wasze poznanie się masz pozytywne emocje czy negatywne? Jak często jesteś rozczarowany lub rozżalony?
(Nie substytuuj swoich pierwszych myśli, że mimo że było chujowo, to teraz jest dobrze. Ze wszystkich przeszłych związków mam za dużo negatywnych wspomnień, które tłumaczyłam sobie ww. ułudami rezygnując z moich ideałów. Wydaje się, że głupia rocznica, poznanie się, walentynki, wspólny weekend, czy nawet sposób zaręczyn nie mają znaczenia, bo to przecież facet, nie umie, nie myśli jak kobieta, bo nadrabia czym innym... NIE! Mają! Skoro dla Ciebie mają, to mają, a szczególnie to jak je wspominasz. W przeciwnym razie tylko kumulujesz frustracje i związek stanie na krawędzi.)

3. Mówisz "my", "nas", "nasze", czy "ja", "moje", "ty", "twoje"?

4. Uzupełnij zdanie:
On/Ona zawsze...
On/Ona nigdy...

(Jeśli pierwsze co Ci przychodzi na myśl jest negatywne, to uwierz mi, w 90% szans będzie tylko gorzej, a lista "zawsze i nigdy" się wydłuży)

5. Gdy się kłócicie dzielicie się swoimi odczuciami lub narzekacie czy atakujecie się personalnie? A może w ogóle następuje ucieczka od problemu? Urywanie rozmowy, wychodzenie, nie odzywanie się do siebie?


"Najgorsze, co możemy zrobić podczas ostrej wymiany zdań, to wyrazić pogardę i sarkazm. Przewracanie oczami to najbardziej wyraźny znak, że mamy kryzys w związku. Jest oznaką pogardy i lekceważenia, sugeruje, że to, co mówi druga osoba, jest nieważne. (...)
Z drugiej strony brak jakiejkolwiek reakcji werbalnej i niewerbalnej, brak kontaktu wzrokowego, bezruch to oznaki całkowitego wycofania się. Mogą świadczyć o odczuwaniu małej satysfakcji ze związku i nikłego zaangażowania." GW, Gottman
(W momencie gdy "miałam w dupie" kolejne pretensje partnera, czułam się bezsilna, czekałam "aż się odpierdoli" - to był sygnał, że pora zakończyć tę farsę, ale trzymałam się jak tonący brzytwy... kobiety tak mają. Wiadomo, można i warto naprawiać, ale przychodzi taki moment, że wałkowanie po raz tysięczny tych samych tematów nie ma sensu, a z tą właściwą osobą do takich sytuacji po prostu nie dojdzie. Za to w związkach, w których dochodzi do eskalacji werbalno-personalnej, a nie daj boże publicznej, konfliktów wraz z narastającą frustracją, po czasie zaczyna dochodzić nie tylko do agresji słownej...)

6. Czy masz poczucie przeważania negatywnych emocji nad pozytywnymi?
"Jeśli doszło już do kłótni, musimy naprawić atmosferę. Nie wystarczy jednak zwykłe "przepraszam", mówią psychologowie z University of Washington. Analizując zachowanie, gesty, słowa dyskutujących małżonków, badacze zauważyli pewną zależność. W stabilnych małżeństwach na każde jedno negatywne zachowanie (złe słowo, wywrócenie oczami, wybuch złości) pojawiało się aż pięć pozytywnych (uśmiech, dotyk, pocałunek, miłe słowo). Im gorsza proporcja dobrych do złych zachowań, tym większe zagrożenie rozpadem małżeństwa. Ta prosta reguła "pięć do jednego" sprawdza się podobno w każdym związku.
Ale nie czekajmy z bukietem róż, aż nadarzy się okazja do przeprosin. Dajmy te kwiaty już dziś. Po prostu. Dlatego że żona miała owocny dzień w pracy i chcemy to razem uczcić. Mąż wygrał mecz, zakończył ważny etap projektu. Otwórzmy wino. Przybijmy piątkę. Pary, które potrafią świętować pozytywne wydarzenia, wzmacniają swój związek." GW, University of Washington

7. Jak Twój partner lub Ty reagujesz na informacje o sukcesie swojej połówki?
"Rodzaje reakcji badacze podzielili na cztery typy. Aktywna konstruktywna, czyli entuzjastyczna i pełna zainteresowania. Pasywna konstruktywna, kiedy partner nie mówi za wiele, ale przecież my i tak wiemy, że nas kocha i wspiera. Aktywna destruktywna, w której partner widzi nasz sukces w czarnych barwach i wieści zagrożenia. I ostatnia, pasywna destruktywna, gdy brak reakcji jest brakiem jakiegokolwiek zainteresowania. Dwie ostatnie reakcje źle świadczą o jakości związku i w badaniach małżeństwa te wypadły bardzo słabo pod względem poziomu zaangażowania, zadowolenia i intymności. Psychologów zaskoczyło, że również ciche wsparcie partnera nie było wystarczające do bycia szczęśliwym w związku. Nie wystarczy wiedzieć, że partner nas kocha. Musimy regularnie otrzymywać dowody miłości i wsparcia. Jedynie pary, które z fanfarami podchodziły do wszystkich, małych i dużych pozytywnych wydarzeń, czuły się szczęśliwe." GW, University of California w Los Angeles i University of Rochester

8. Jak spędzacie wspólny czas? Na tym co znacie i z reguły robicie, czy próbujecie nowych rzeczy?
(Robienie tego co się zna, lubi i nie wymaga nadmienego wysilania się jest przyjemne, ale można w ten sposób popaść w rutynę, szarość i marazm. Aby podtrzymywać temperaturę związku warto wspólnie próbować nowych rzeczy, a najlepiej takich, które przyspieszają bicie serca.)

Związki nie rozpadają się, bo "za dużo wymagamy od tej drugiej osoby", albo szukamy ideału, który nie istnieje, tylko dlatego, że jesteśmy z niewłaściwą osobą. Z tą, która naszych ideałów nie reprezentuje.
"Coraz więcej badań sugeruje, żeby mimo szarej codzienności nie obniżać poprzeczki. Donald H. Baucom z University of North Carolina przygotował ankiety składające się z kilkudziesięciu pytań dotyczących oczekiwań małżonków. Pytał o finanse, rodzinę, seks, religię, obowiązki domowe, czas wolny, rodzicielstwo. Okazało się, że pary, które miały wysokie, wręcz idealistyczne oczekiwania względem miłości, zaangażowania i porozumienia, otrzymywały to, czego chciały. Na drugim biegunie znalazły się małżeństwa, które niewiele oczekiwały i w konsekwencji mało dostały od partnerów i od życia." GW, Donald H. Baucom z University of North Carolina
Z jednej strony "be careful what you wish for", ale z drugiej strony nie mając marzeń nie masz celu, więc nie narzekaj, że nic nie dostajesz od życia, albo to co masz nie jest satysfakcjonujące.

Najczęściej osoby, które spotykam i szczycą się swoim singielskim życiem tłumacząc, że nie znaleźli swojego ideału, są niestety w błędzie albo sami siebie oszukują. To nie jest kwestia wygórowanych oczekiwań (to tylko wymówka), a tego jacy sami jesteśmy. Większość "zdrowych" ludzkich wyobrażeń o idealnym partnerze (niekoniecznie, że będzie to np. elf) jest spełnialna, ale to my sami blokujemy się psychicznie przed innymi ludźmi, uczuciami, związkami i naszym celem nie powinno być "obniżanie poprzeczki", a praca nad samym sobą.

Jako wisienka na torcie graf, dzięki któremu możesz dostrzec, czy na pewno to jest miłość.



Co jest cool, a co nie jest?

/pexels

Żyjemy w czasach tyranii kultu młodości. Branża modowa angażuje prawie wyłącznie nastoletnie modelki, reklamy wyrzucają poza margines kobiety po ciąży, czy odstające od schematycznych oczekiwań. Doszłam do wieku, w którym nie patrzy się tylko w przyszłość, nie żyje się tylko chwilą, nie czeka się niewiadomo na co... chyba na to żeby żyć.

Realizując swoje projekty na freelance, uderzyły mnie dość ciekawe sytuacje, w których niby dość dobrze znam się na różnych generacjach i pokoleniach, śledzę badania i informacje, umiem te informacje wykorzystać, ale w głębi ducha pokolenia młodsze ode mnie już nawet o 5 lat są dla mnie absolutnie niezrozumiałe. Podchodzę do nich jak do zagadnienia naukowego i podsumowuję efektywność egzekucji projektów w excellu, "nie czuję ich". Tym bardziej śmiesznie te myśli muszą brzmieć przed moimi czasem dwa razy starszymi klientami niż ja i ... tym bardziej zaczynam rozumieć swoich rodziców gdy jedyne co w moich szaleńczych latach mogli zrobić, to wzdychać. Tak, wzdychać, bo moje szaleństwo było podszyte niebywałą determinacją do realizacji i nic nie mogło mnie powstrzymać jak sobie coś ubzdurałam. Jestem starym igrekiem i już młode igreki czasem wymykają się z moich "możliwości poznawczych"*.

*na własne potrzeby generalizacji wszechświata wyróżniam 4 głębokości kogniwistyczne: 1. żadna (nieumiejętność przyswojenia jakichkolwiek informacji i wyciągania sensownych wniosków; nielogiczne rozumowanie) 2. zakucie (przyswojenie informacji nawet z możliwością recytowania ich w środku nocy, ale bez refleksji, zrozumienia, umiejętności wyciągania z owych informacji wniosków, analizy bądź ich syntezy itd.), 3. sucha wiedza (przyswojenie wielu informacji i umiejętność operowania nimi nawet na bardzo zaawansowanym poziomie, ale brak identyfikacji z owymi danymi i odhumanizowanie ich), 4. poznanie (nawet przy niewielkiej ilości informacji umiejętność intuicyjnego, trafnego i efektywnego żonglowania nimi i tworzenia lub dedukowania właściwych hipotez i tez). Powiedzmy, że z generacjami jestem na poziomie 3.

Wychowując się w Polsce bez silnego wsparcia psychologicznego ze strony rodziny czułam ogromną presję na sobie: presję bycia kimś, presję bycia młodym, presję robienia kariery za wszelką cenę, presję braku przyzwolenia na błędy i niedoskonałości, presję bycia "coool". Trochę jak w amerykańskich filmach - jesteś cool albo nie istniejesz. A mainstream, media i biznes podtrzymują ten trend, bo wiedzą, że można na nim świetnie zarobić. Szczególnie w Polsce, krajach kapitalistycznych i postkomunistycznych.

W Polsce +/- moje pokolenie i kolejne, to pierwsze pokolenia żyjące w wolnej Polsce, w Polsce, w której "wszystko jest", wszystko, czego nasi rodzice nie mieli i wszystko, co chcą nam dać ze swojej bardziej lub mniej toksycznej wersji miłości. Moja rodzina raczej bardzo twardo i ascetycznie stąpała po ziemi, ale wyobrażam sobie, że w wielu rodzinach działał i może nadal działa mechanizm, w którym nastolatki i studenci wybitnie łatwo mogą zmanipulować swoich opiekunów w celu osiągnięcia mitycznego "coool". Owi rodzice:
a) nie nadążają za rewolucją rzeczywistości i łatwo im "wcisnąć kit", 
b) mogą chcieć swoim pisklakom zapewnić wszystko czego sami nie mieli, 
c) brak inteligencji emocjonalnej, empatii (wywołane ciągłymi trudnościami w życiu, martyrologią, kultem matki polki i wieloma innymi typowo polskimi, destruktywnymi syndromami) i czasu dla swoich piskląt próbują zrekompensować materialnie,
d) nie znają świata, w którym ludzie po 30 mają prawo "żyć", sprawiać SOBIE przyjemność, zajmować się czymś innym niż domem i dziećmi - ergo - żyją życiem swoich dzieci, a nie swoim.

Mając już nawet 25 lat w owym słowiańskim kraju "wypadasz z rynku". Wypadasz z rynku randkowego, bo większość osób w tym wieku jest już poważnie sparowana. Wypadasz z rynku zawodowego, bo już nie jesteś pokornym studentem, któremu można dać śmieciówkę i nie płacić podatków i ZUS itp. (przesadzam, ale najprościej jest o pracę jak się jest studentem lub jak się ma 2-3 lata doświadczenia; później jest się już za drogim i zbyt pewnym siebie, więc nie da się managerować w polskim, folwarcznym stylu pana i chłopa; ewentualnie nie ma się pożądanej na rynku specjalizacji; w przypadku kobiety jest się potencjalnym inkubatorem, który za chwilę pójdzie na wieczny macierzyński). Wypadasz z rynku "coool", bo ostatnią cool rzeczą jaką zrobiłeś lub zrobisz będzie Twój ślub. Umarł w butach. 

Wszyscy w Polsce na potęgę komunikują wyłącznie do młodych (lub do nikogo, ale nie o tym) o ile nie są producentem pieluszek lub kremu na hemoroidy. Polski styl zarządzania marką to kanalizowanie wielu drobnych przychodów bez pokładania nadziei w mniejszych, ale bardziej jakościowych transakcjach. Dlatego też mamy mnóstwo produktów, reklam, usług i klubów dla młodzieży ("bez kasy", ale która wyda wszystko co ma na przyjemność, rozrywkę, produkty impulsowe i bycie cool), a osoby 30+ nie mogą się odnaleźć niezależnie od stanu posiadania i cywilno-dzieciowego.

Szwajcaria nie dała się amerykańskim bańkom mydlanym, marzeniom o wyimaginowanym sukcesie i sex in the city. Szwajcaria wręcz na swój sposób potężnie dyskryminuje młodych ludzi a hołubi... przede wszystkim grube portfele. W takich miastach jak Genewa, Lozana czy Zurych jest nawet 60% obcokrajowców. Ci obcokrajowcy się tu najczęściej ani nie urodzili ani nie wychowali, a trafili ze względu na swoje kompetencje i doświadczenie (nie są najmłodsi). Nie jest tu łatwo ani się dostać ani zostać ani utrzymać, więc następuje "naturalna selekcja emigrantów". 

Jeden z najbogatszych krajów świata z jednym z najwyższych indeksów jakości życia jest jednym z najbardziej zacofanych. W związku z powyższym +/- 20 letnia osoba nie będzie zadowolona z tutejszej sceny klubowej, z tutejszych festiwali muzycznych, z tutejszych stacji radiowych (w przeciwieństwie do Polski). Na festiwalach i w radio są najczęściej utwory i zespoły, które w Polsce już dawno zostały wyparte ze zbiorowej świadomości, a tu stanowią gros wspomnień i sentymentów ludzi, których na ten koncert stać i którzy na niego pójdą, bo jeśli nie mają dzieci, to nie mają nic lepszego do roboty na obczyźnie. 

Ponadto, większość sklepów i punktów usługowych pamięta tutaj co najmniej poprzednią dekadę. Kluby są albo dla bogatych 30+ (czyli znowu wracamy do muzyki poprzedniej epoki, choć zgrabnie zmixowanej), albo mocno przeciętne* (nieatrakcyjne wizualnie, dj-ie dobrzy ale nie wybitni, muzyka... typu hity z satelity czyli mix tego co leci w radio). Niewiele firm funkcjonuje w internecie, a jeśli tak, to ich strony wołają o pomstę do nieba. Podsumowując: tutaj bycie "coool" odwołuje się do mniej ulotnych wartości i genialnie identyfikuje tę grupę na której realnie można zarobić. 

Bycie "coool" w Szwajcarii to nie jest bycie młodym, to nie jest nowe bmw, to nie jest złoty kagan, to nie jest nastukanie się do nieprzytomności, to nie jest kredyt na mieszkanie ani żaden kredyt. Bycie cool w Szwajcarii to bycie sobą, to twarde stąpanie po ziemi i głęboka życiowa mądrość, to czerpanie przyjemności z życia, realizowanie się w hobby i pasjach, slow life**, ale i ciężka praca nie pozbawiona "work life balance"... i gruby portfel. Ale na pewno nie trampki i krótkie spodenki.

Jak głoszą mocno oparte na insighcie reklamy w Szwajcarii skierowane do osób 30+ i które najbardziej zapadły mi w pamięć, mimo że chyba nie jestem w core targecie: 
"retrouve ton équilibre idéal" - odnajdź swoją idealną równowagę
albo 
"soyez vous, soyez wow" - bądź sobą, bądź wow! (w bardzo grzecznej formie gramatycznej nie noszącej imperatywności)

* mimo wszystko świetnie się bawię nawet w tych przeciętnych szwajcarskich klubach, bo obserwuję wysoki poziom kultury uczestników imprezy. Czuję się tutaj bezpiecznie, zawsze wpuszczają tyle ludzi, żeby dało się swobodnie tańczyć, mężczyźni nie doczepiają się jak glizdy i nie traktują Cię jak kawałka mięsa do nadziania, drinki są duże i niechrzczone. W Polsce bywa odwrotnie. 

** np.: 40% moich rozmów z sąsiadami to chwalenie się i dywagowanie na temat super szwajcarskich eko bio kurczaków na grilla i lokalnych win... podszyte świadomością konieczności wspierania lokalnego biznesu. Ponadto Szwajcarzy uwielbiają DIY i to nie ze względów czysto ekonomicznych, jak to w Polsce.